sobota, 25 kwietnia 2015

Rozdział VII


MECZ QUIDDITCHA


Minęło kilka tygodni odkąd okazało się, że Victoria okradała ludzi ze szkoły. Od momentu, kiedy dostała tygodniowy szlaban od profesor Liws, całkowicie zajęła się czym innym. W sumie, nie wiedziałam nawet, co robi, ale dopóki nie dotyczyło to mnie, to było mi to wszystko obojętne. Często przesiadywała z Jessie i rozmawiała z nią po cichu, patrząc na wszystkich konspiracyjnym wzrokiem. Jeśli chodzi o społeczność uczniowską, to szepty i durne komentarze definitywnie zniknęły, choć przez długi czas nie było łatwo przetrwać.
Codziennie Alice musiała mnie powstrzymywać od zbyt pochopnych działań, takich jak zamordowanie niektórych ludzi. Rzucałam wyzwiskami na prawo i lewo (czasami miałam wrażenie, że przejmuję naturę Ryana), a wówczas ludzie spoglądali na mnie z lekkim strachem. Niestety, nawet groźby nie dawały żadnego efektu i szepty na mój widok nieustawały. Dziewczyny powtarzały mi, żebym była spokojna i tak dalej. Nie pomagało.
- Nie możesz tak reagować na każdego ucznia w tej szkole - mówiła Alice, ciągnąc mnie do Pokoju Wspólnego po skończonych zajęciach, po tym jak chciałam się rzucić na jakiegoś Ślizgona. 
- A ty co byś zrobiła na moim miejscu? - zawołałam wściekła na cały świat. 
Ewidentnie nie radziłam sobie z emocjami.
- Na pewno nie atakowałabym każdej osoby, która szeptałaby na mój widok - odparła spokojnie Alice, sadzając mnie na kanapie. - Musisz jakoś to przełknąć.
- Ta - mruknęłam, zakładając ręce na piersi. - Oczywiście. Sama byś się wściekła, gdyby to ciebie brali ciągle na języki.
- Nie mówisz dosłownie, nie? - wtrącił się Ryan z teatralną przerażoną miną. Spiorunowałam go wzrokiem, ale nie mogłam się powstrzymać i uśmiechnęłam się delikatnie. Zrobiło mi się trochę lżej. 
- To nie było ani trochę śmieszne - stwierdziła z poważną miną Alice, ale widziałam w jej oczach rozbawienie. 
Ryan wzruszył ramionami, zapadając się w fotelu z usatysfakcjonowaną miną. 
Tak, mniej więcej, wyglądał każdy mój dzień w Hogwarcie przez te kilka tygodni. Alice próbowała mi przemówić do rozsądku, przez co się bardziej wściekałam, ale dzięki interwencjom Ryana robiłam się spokojniejsza. 
Przez ten okres czasu coraz bardziej przestawałam się przejmować zajęciami. Wprawdzie odrabiałam prace domowe (wcale nie spisywałam od Alice i Rackel), ale bez większej uwagi. Po prostu żeby były zrobione. Większość nauczycieli dawała mi za to nawet dobre oceny, ale zdarzali się też tacy, na przykład profesor Liws, co wystawiali mi Nędzny. A przecież to były dobre wypracowania.
W październiku sytuacja z lekcjami była jeszcze stabilna. Miałam niekiedy chwile, gdy rzucałam wszystko, siadałam i myślałam nad wszystkim, tylko nie o zrobieniu wypracowania. Rozmyślałam szczególnie o quidditchu i naszej drużynie. Pierwszy mecz miał odbyć się niedługo, a nie zapowiadało się na to, by Gryfoni wygrali z jakąkolwiek drużyną. Czasem chodziliśmy oglądać treningi prowadzone przez Michaela i wracaliśmy całkowicie załamani. To, co widziałam na boisku, sprawiało, że zaczęłam się wstydzić własnego domu już przed spotkaniem. Jedynymi osobami, które mogły coś zdziałać byli Michael, Charles i Jaden, ale to nie wystarczało, żeby wygrać rozgrywkę. No bo szczerze mówiąc, czy dwóch ścigających, którzy sami na siebie wpadają w powietrzu, mogą w ogóle utrzymać się w grze przez pierwsze dziesięć minut? Nie sądzę. 
Ścigający jeszcze byli w miarę ogarnięci w porównaniu do jednego pałkarza, którego Mike przyjął do drużyny. To był ten chłopak, który zgłosił się przy naborze. Wówczas myślałam, że poradziłby sobie w grze, ale po kilku treningach z jego udziałem, wiedziałam, że to będzie porażka. Siłę miał, owszem, ale posyłał tłuczki tam, gdzie nie powinien. W rezultacie, przez niego, Darren wylądował w Skrzydle Szpitalnym (tydzień przed meczem!) po tym, jak oberwał od niego tłuczkiem dwa razy. Pani Deering kategorycznie zakazała mu brania udziału w zbliżającym się meczu. Michael, Darren i Jaden błagali ją, aby pozwoliła mu grać w meczu, ale ta pozostawała nieugięta. Mike przybiegł więc do nas, prosząc, aby któreś z nas tymczasowo zajęło miejsce Szukającego. Bez pełnego składu drużyna Gryfonów nie mogła grać. Wiedziałam, jak Mike'owi zależy na quidditchu. Zrobiło mi się go szkoda, więc chciałam się zgodzić. Jednak zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, Ryan odmówił za mnie, choć sam chętnie zagrałby w meczu, nawet jako szukający. Później trochę się o to posprzeczaliśmy, bo chciałam pomóc bratu, a on bezczelnie zabronił mi grać. Ostatecznie jednak nie poszłam do Michaela i nie oznajmiłam mu, że chcę pomóc. Zamiast tego poprosiłam jego kumpla Jacoba, żeby zgodził się pomóc Mike'owi. Sam mu odmówił, ale ugiął się, kiedy namawiałam go po tysiąc razy przez kilka dni. Nie był ani trochę przygotowany, ale dzięki niemu drużyna mogła wziąć udział w meczu. 
W dzień spotkania Gryfonów z Puchonami zastanawiałam się, czy w ogóle iść na ten mecz. Wytrzymałabym tam psychicznie, widząc wszystko na własne oczy? Obawiałam się, że nie zostanę do końca rozgrywki i przy najbliższej okazji zabiję chłopaków, iż nie zostali w drużynie. Albo Michaela za to, że o nich nie walczył. Albo wszystkich na raz. 
Wyszliśmy z zamku na błonia, kierując się w stronę boiska. Pogoda była w porządku. Dobra widoczność, lekkie zachmurzenie, delikatny wiatr. Czy to jakaś szansa dla Gryfonów? Nadzieja matką głupich.
- Czy my naprawdę musimy iść, skoro już wiadomo jaki będzie wynik? - jęczał Elliott, włócząc nogami. On i Rackel dzisiaj rano rozpoczęli protest. Nie chcieli iść na mecz, bo byli pewni, że Gryffindor przegra. Tak długo sprzeczali się z Alice i Ryanem, że w końcu odpuścili i poszli z nami. Nawet jeśli wynik był do przewidzenia, to należało się pojawić. Choćby nawet tylko wesprzeć własną obecnością Gryfonów i pokazać, że nie jesteśmy obojętni. 
- Tak - rzekł ostro Ryan. Miał już dość narzekań Elliotta. 
- Nawet Darren tam będzie, więc ty również powinieneś, skoro jeszcze w tym roku byłeś w drużynie - stwierdziła spokojnie Alice. 
Elliott przewrócił oczami, ale już się nie odezwał. Przez chwilę była napięta atmosfera. Szliśmy w milczeniu, a obok nas przebiegali uczniowie zmierzający na boisko. Za kim byli? Liczyli na wygraną Gryffindoru? Czy może byli za Hufflepuffem? 
Gdy byliśmy w połowie drogi natknęliśmy się Pereza. Nie był sam i nie byłoby to dziwne, gdyby był z Craverem. Jednak zamiast niego był z dziewczyną, a dokładnie z Krukonką. Zdziwiło nas to trochę, ale wszystko się wyjaśniło, kiedy ujrzeliśmy niebezpieczny wyraz twarzy dziewczyny. Była od nas starsza, pewnie w tym roku kończyła już szkołę. Coś mówiła do Pereza, a ten jak zawsze miał arogancki wyraz twarzy. Na twarzy Krukonki malowała się złość. Przez kilka chwil rozmawiali (chociaż, było to bliskie kłótni), a później dziewczyna krzyknęła i uderzyła Pereza z pięści w twarz. Odwróciła się i pomaszerowała na boisko. 
Stanęliśmy jak wryci, a później wybuchnęliśmy śmiechem. Nie wiem, czemu go uderzyła, ale było to piękne. Poczułam się trochę zazdrosna, bo ja marzyłam, żeby pobić Pereza, ale cóż, nie można mieć wszystkiego. 
- Perez - zawołał Ryan. - Gdzie twój chłopak? Czemu cię nie obronił przed dziewczyną?
Perez splunął na ziemię i wytarł rękawem krew, która lała się z nosa. Spojrzał na Ryana morderczym wzrokiem, ale nie próbował się odgryźć. Właśnie został znokautowany przez Krukonkę, co za wstyd dla Ślizgona. 
  - Jak nam zapłacisz, to nikomu o tym nie powiemy - powiedział Ryan, kiedy przechodziliśmy obok Pereza.  
Perez zaczął rzucać przekleństwami w naszą stronę. 
- Nieładnie tak mówić - zganił go Elliott. - Nu, nu, nu. Mama nie nauczyła kultury?
Zanim się obejrzeliśmy Perez rzucił się na Elliotta, który był najbliżej niego. Oboje runęli na ziemię z hukiem. Ryan natychmiast przyłączył się do bójki. Nacierał na Pereza, Perez atakował Elliotta, a Elliott próbował się bronić przed Ślizgonem. Miałam nadzieję, że szybko to się skończy. Zwykle nie próbowaliśmy odciągnąć Ryana, bo zawsze kończyło się to niepowodzeniem.
W pewnym momencie, znikąd, pojawił się Craver i zaczął szamotać się z Elliottem. Ślizgoni zyskali przewagę, bo tylko Ryan mógł coś zdziałać. Rzuciłam się na pomoc przyjaciołom. Wzięłam za szmaty Cravera i odepchnęłam go najmocniej, jak tylko umiałam. Craver szybko zorientował się, że ja stanęłam w obronie Ryana (nigdy nie sądziłam, że do tego dojdzie). Zawahał się, ale kiedy Matt odciągał Pereza, Craver rzucił się na niego.
- Gdzie! - zawołałam i zanim Craver zdążył coś zrobić Mattowi znowu go odepchnęłam. Fantastycznie! Jak są potrzebni nauczyciele to ich nie ma!
W końcu zyskaliśmy przewagę i nareszcie zakończyła się bójka. Ryan i Elliott mieli podbite oko, Perez rozciętą wargę i złamany nos. Tylko Craver, Matt i ja nie ucierpieliśmy. 
- Twój chłopak przyszedł - zakpił Ryan zasapany. Zresztą wszyscy byliśmy zmęczeni tą szamotaniną.
- Zamknij pysk - warknął Craver, zaciskając dłonie w pięści.
Ryan zarechotał.
- Dawno nie słyszałem twojego motta życiowego. Prawie się za nim stęskniłem.
Tym razem Craver zaczął obrzucać nas wyzwiskami. Ryan zanosił się śmiechem. Trzeba było go stąd zabrać zanim znowu dojdzie do kolejnej bójki. 
Wzięłam go delikatnie za ramię.
- Chodźmy już. Zaraz zacznie się mecz - powiedziałam cicho i popchnęłam lekko Ryana w stronę boiska. Nie zaprotestował, więc uznałam to za dobry znak.
Elliott szedł z dziewczynami na przedzie, wyklinając na cały świat. Matt był z nami, w razie gdyby Ryanowi znowu coś odbiło. 
- Idźcie, idźcie - warknął Perez. - My też pójdziemy i będziemy rozkoszować się przegraną Gryffindoru. 
Poczułam pod palcami, jak Ryan zaciska pięści. Niedobrze, źle, niedobrze. Przyspieszyłam, wzmacniając uścisk. Kolejna bójka była niepotrzebna. 
- Brown, słyszałem, że twój braciszek bardzo się stoczył - zawołał za nami Perez. - Przyjmując do drużyny takie badziewia, wstydziłbym się pokazywać ludziom na oczy.
Perez traktował Gryfonów, jak rzeczy. Dla niego ludzie nie mieli żadnej wartości, byli jedynie przedmiotami, które można tylko psuć. Żałosne.

- Będziemy bardzo szczęśliwi, kiedy zobaczymy wasze miny po przegranej! Raj dla oczu!
Ryan zacisnął zęby ze złości, wyrwał się z mojego uścisku i ruszył na Ślizgonów. Na szczęście (o niebiosa, dzięki wam!) Matt zareagował szybko i unieruchomił Ryana. 
- Nie ma sensu - powiedział Matt. - Perez i tak będzie drążył ten temat.
Ryan stał nieruchomo, trawiąc wszystkie informacje.
- Ryan... - zaczęłam, a on westchnął i odwrócił się. 
Miał nieodgadniony wyraz twarzy, a po chwili się uśmiechnął. 
- Idę, robaczki, już spokojnie - odparł lekko i ruszył przed siebie. 
Kamień z serca. 
Dotarliśmy na boisko w miarę szybko. Obawiałam się, że Ryan się rozmyśli i wróci skopać tyłki Ślizgonom. Ku mojej uldze, tak się jednak nie stało. Zajęliśmy miejsce na widowni wśród rozentuzjazmowanych Gryfonów i czekaliśmy na rozpoczęcie meczu. 
Obserwowałam nauczycieli, którzy zbierali się na jednej z wyższych trybun. Wydawało mi się, że większość patrzyła na boisko z nadzieją w oczach. Pewnie spodziewali się jakiegoś widowiska, gdzie obie drużyny miałyby równe szanse, ale kiedy usłyszeli o składzie Gryfonów... Nieważne. Opiekun Hufflepuffu, profesor Chadwick, już się cieszył z wygranej i wcale tego nie ukrywał. Zaś profesor Liws była przygaszona i wyglądała tak, jakby chciała się stąd zmyć, jak najszybciej. Trochę jej współczułam, bo wiedziałam, jak bardzo angażuje się w quidditcha.
Gryfoni wokół mnie dzielnie kibicowali naszej drużynie. Momentami zastanawiałam się, czy są świadomi nadchodzącej porażki Gryffindoru. Młodsi wydawali się, jakby w ogóle nie znali składu, a starsi wyglądali, jakby starali się mimo wszystko, wierzyć w Gryfonów, chociaż marnie im to wychodziło. 
  Kiedy na boisko wyszła profesor Spear z miotłą i kufrem, gdzie znajdowały się wszystkie piłki poczułam niemiły skurcz w żołądku. Już dawno nie patrzyłam na nią z perspektywy widza, gdy Gryfoni brali udział w grze. Darren przecisnął się przez grupę drugoklasistów i zajął miejsce obok mnie. Miał rękę na temblaku i dosyć niezadowoloną minę, że musi tu siedzieć. Profesor Spear otworzyła kufer i uwolniła tłuczki oraz złotego znicza, który zakręcił wokół nas koło i zniknął z naszych oczu. Poczułam, jak Darren obok mnie zadrżał, gdy zobaczył złotego znicza. 
Na boisko zaczęli wychodzić zawodnicy, a rozmowy na trybunach przerodziły się w krzyk i wiwaty. Wychodzili po kolei ze swoich szatni, ubrani w kolory swojego domu, a ja miałam wrażenie, że zaraz sobie coś zrobię z zazdrości. Tak bardzo chciałam być teraz na boisku...
Wszyscy gracze zebrali się wokół profesor Spear, która sędziowała w dzisiejszym meczu. Chłopak, przez którego Darren wylądował w Skrzydle Szpitalnym wyglądał jakby miał zaraz zwymiotować. W swoim stroju wydawał się jeszcze bardziej wiotki i bardzo mały. Dostrzegłam, że Cohen Ainsley, komentator i Puchon z szóstego roku, bacznie przygląda się Gryfonom z powątpiewaniem, kręcąc głową. 
- Proszę dosiąść mioteł! - zawołała profesor Spear z kaflem pod pachą.
  Gdy zawodnicy dosiedli swoich mioteł profesor Spear zadęła w swój gwizdek i wyrzuciła w górę kafla. Gracze wzbili się natychmiast w powietrze, a Charles porwał jako pierwszy kafla i szybko skierował się w stronę bramek przeciwnika. Zaskoczona, poderwałam się na nogi, aby lepiej widzieć. 
- ...Curtis szybuje w stronę bramek Puchonów z zawrotną szybkością! Zostawia w tyle swoich przeciwiników i teraz na jego drodze jest tylko bramkarz, Adrian Griffin... bierze zamach... wyrzuca piłkę... i ...oooh! Adrian Griffin zręcznie broni lewej bramki i podaje kafla Simonowi Juddowi...
  Charles warknął coś pod nosem ze wściekłą miną i skręcił za Simonem. Przez chwilę ścigał go i próbował odebrać kafla, ale gdy Simon zaczął przerzucać piłkę z Gale'em Nixonem nie mógł nic zrobić bez pomocy innych. 
- Charles Curtis próbuje bezskutecznie odebrać kafla Puchonom... nadlatuje Jenna Levitt... szybuje prosto na Judda... co ona robi! 
  Dziewczyna leciała wprost na Simona, jakby chciała go stratować. Nie potrafiła skręcić miotłą i jej przerażenie na twarzy mówiło samo za siebie. 
- ...ufff... Judd wymija Levitt i leci bezpośrednio na Michaela Browna... za nim leci zdeterminowany Curtis... wystawia rękę... po co... co on robi! 
  Charles wyciągnął rękę, chwycił za ogon miotły Simona i pociągnął do siebie. Judd zaskoczony tym ruchem wypuścił kafla z ręki, a Charles od razu go złapał.
- ...faul! To był ewidentnie faul! 
Rozległ się gwizdek profesor Spear, czyli rzut karny, gdyż wszystko wydarzyło się w obrębie trzech naszych bramek. Z trybun dochodziły odgłosy oburzenia i nawet komentator nie szczędził słów. Michael podleciał do Charlesa i zaczął na niego wrzeszczeć. Był nieźle rozeźlony. Gniewnie gestykulował, ale Charles tylko machnął lekceważąco ręką i odleciał na środek boiska. 
Michael wrócił do bramek, skupiając się na kaflu, który był w rękach Simona. Trybuny stopniowo zaczęły milknąć, oczekując w napięciu rozwój sytuacji. Zacisnęłam dłonie w pięści, gdy profesor Spear ponownie zagwizdała, na znak, że Simon może rzucać. Wstrzymałam dech, jakbym ja sama miała to obronić. Simon zamachnął się i posłał piłkę w prawą bramkę. Michael szybko zareagował i odbił kafla w stronę Gabe'a Milesa. 
Wypuściłam powietrze z płuc, rozluźniając palce. 
- ...Miles podaje do Levitt... ona odrzuca spowrotem do Milesa... Judd siedzi jej na ogonie... chyba przejmie kafla... ooooh! Jaden Cooper posłał tłuczka w stronę Judda! Miles może lecieć dalej... podaje do Curtisa... i... wlatuje w Levitt! To niemożliwe! Cóż, Michael Brown dobrał sobie... idealny skład, aby przegrać ten mecz...
- Ainsley - warknął profesor Nigel, nauczyciel astronomii. 
- Ale proszę pana, każdy to wie...
- Ainsley!
- Dobrze, dobrze... Curtis mija  Nixona... zręcznie unika tłuczka posłanego przez pałkarza Puchonów, Macka Lynwooda... Judd próbuje przejąć kafla... ohh! Znowu zostaje sfaulowany przez Curtisa! Ostre zagranie łokciami wobec przeciwnika... rzut wolny...
Gra toczyła się dalej, a Charles faulował z coraz większą brutalnością. W pewnym momencie wyrwał pałkę chłopakowi z naszej drużyny i posłał tłuczka w stronę obrońcy Puchonów. Rozległy się wrzaski pełne oburzenia, a Michael zażądał krótkiej przerwy. Gdy stopy Curtisa dotknęły ziemi Mike rzucił się do niego, krzycząc coś i grożąc mu pięścią. Charles zaczął się z nim wykłócać. Byłam pewna, że uważa swoje występki za coś normalnego. Kilka minut o czymś dyskutowali, po czym wznowiono grę. 
Michael był tak rozjuszony zachowaniem Curtisa, że przepuścił aż trzy bramki. Podczas gdy Puchoni dalej zdobywali punkty, Charles nie zrobił sobie nic z gróźb Michaela i dalej faulował przeciwników. Ten mecz, to była istna porażka.
- Idę stąd - oznajmił Ryan, gdy Curtis sfaulował naszego pałkarza, który w rezultacie musiał zejść z boiska, bo nie mógł dalej grać. 
- Ja też - mruknęłam, ruszając za chłopakami. Alice i Rackel też poszły, więc Darren został sam na sam z chęcią zamordowania Curtisa.
Wróciliśmy do zamku w paskudnych humorach. Żadne z nas nie odezwało się do siebie, dopóki nie znaleźliśmy się w Pokoju Wspólnym. Jednak wymieniliśmy ze sobą tylko kilka słów, po czym pogrążyliśmy się w milczeniu, aż do zakończenia meczu. Gdy Gryfoni zaczęli zapełniać Pokój Wspólny bałam się zapytać, jaką przewagą wygrali Puchoni. Wielu uczniów miało smutne i zniesmaczone miny. Niektórzy byli wręcz wściekli. 
Kiedy zobaczyłam Jacoba i jego wyraz twarzy, wiedziałam już, że przewaga była wielka. Jacob podszedł do nas i usiadł w wolnym fotelu.
- No, zadowolona? - zwrócił się do mnie. - Mecz się odbył.
- Ile?
- Dwieście osiemdziesiąt do trzydziestu - odrzekł, a ja poczułam się tak, jakby ktoś przejechał mnie walcem. Schowałam twarz w dłonie i wsłuchiwałam się, jak Ryan klnie na Michaela. 
- Kiedy następny mecz? - zapytałam, spoglądając na Jacoba. Dopiero teraz zauważyłam, jaki jest zmęczony. 
- Za dwa tygodnie, ale zapomnij, ja nie biorę w nim udziału. Musisz znaleźć kogoś innego, kto byłby tak głupi, jak ja - powiedział, wzdychając ciężko. - Albo sami poproście Michaela, żeby pozwolił wam grać. 
- Ja nie będę się prosił - warknął Ryan. Poderwał się na nogi i stanął obok kominka. - Sam do tego doprowadził. Nie wziął nawet własnej siostry, a później, tydzień przed meczem, przybiegł do Evelyn, prosząc, żeby zagrała w meczu. 
- Też uważam, że źle postąpił i teraz ponosi tego konsekwencje, ale nie możesz go za to winić do końca życia - rzekł Jacob, przecierając sobie oczy. Przez chwilę wszyscy milczeliśmy, a później Jacob dodał. - Znam Michaela i gdy przyjdzie do was, to Ryan, zgódź się i nie rób żadnych niepotrzebnych afer. On już i tak wystarczająco cierpi przez tą przegraną. 
- Po moim trupie. Zajmie nam to całą wieczność, żeby nadrobić takie straty. Widziałem, jak przygotowali się Ślizgoni i Krukoni, nie mamy żadnych szans. 
- Jak nie wrócimy do drużyny, to na pewno nie będziemy mieli żadnych szans - mruknął Matt z ironią w głosie. 
- Nie wrócę, po moim trupie - powtórzył Ryan. 
- To się da załatwić - burknął Matt.
Westchnęłam, kiedy chłopcy zaczęli pojedynkować się na spojrzenia. 
- Wrócisz do drużyny, czy ci się to podoba czy nie - wtrącił Elliott z niebezpiecznym błyskiem w oku. W tej chwili był zdolny nawet do pobicia Ryana, jeśli miałoby to pomóc w zmianie jego decyzji. 
- Powodzenia - odpowiedział cierpko Ryan i spojrzał na mnie. - Ty też chcesz, żebym wrócił, prawda? Nawet po tym, kiedy cię nie przyjął. 
Wydałam z siebie dziwny dźwięk, oznajmujący bezsilność. 
- To mój brat, jestem zobowiązana mu pomóc, nawet jeśli mnie nie wziął do drużyny. Już i tak wystarczająco pozwoliłam mu, żeby się obwiniał za przegrany mecz. Jeśli pomoc, oznacza twój powrót do drużyny, to tak, jestem za tym, abyś wrócił. 
- Zapomnij.
- Teraz, to ja tutaj ustalam warunki - powiedziałam ostro, a Ryan umilkł.
Jacob wstał i przeciągnął się. Mruknął coś, że idzie do dormitorium, po czym zniknął nam z oczu. Ryan nadal milczał, więc postanowiłam wykorzystać okazję i zapytać się jakiegoś ucznia o szczegóły meczu. Nie za bardzo cieszyłam się na dawkę kolejnych przytłaczających wiadomości, ale ciekawość zwyciężyła. 
Zaczepiłam jakiegoś chłopaka.
- Hej, jak mecz? 
Odwrócił się do mnie i wzruszył ramionami.
- Przegrana. Dwieście osiemdziesiąt do trzydziestu. Spodziewałem się, że przegranej, ale nie aż takiej przewagi. Podziwiam twojego brata za to, że nie pobił Curtisa. Sam chętnie bym mu przywalił - powiedział i uśmiechnął się, ukazując swoje równe, białe zęby. 
- Został na boisku do końca meczu? Nikt nie odważył się, żeby go znokautować? - zapytałam ze smutkiem w głosie.
- Nie, ale pięknie wyleciał z drużyny. Michael wyrwał mikrofon Ainsleyowi i powiedział do Curtisa, że po jego widowiskowych zagraniach, których nie szczędził pokazywać, jest naprawdę zasmucony tym, że na świecie istnieją tacy głupi ludzie, jak on. Dodał też, że nawet gnom ogrodowy byłby mądrzejszy i nie powtarzał tylu fauli w jednym meczu. Po czym oznajmił, że Curtis wylatuje z drużyny, podkreślił jak bardzo nim gardzi i że żałuje, iż nie wziął ciebie zamiast niego. 
Byłam pod wrażeniem, że Michael powiedział to przy, prawie, całej szkole. Nikt inny nie odważyłby się tego zrobić, nawet Ryan, który postawiłby na opcję pobicia. 
- Nigel próbował zabrać mu mikrofon, dosyć śmiesznie to wyglądało. Po wszystkim Michael oddał posłusznie mikrofon i podziękował kulturalnie za pożyczenie. Nie wiem, czy nie dostał za to szlabanu. Ale moim zdaniem, warto było. Curtis już nie będzie pałętać się pod nogami. 
Pokiwałam powoli głową, czując, że rozdziera mnie duma z powodu brata.
- Coś ciekawego jeszcze się wydarzyło? - zapytałam, spoglądając na chłopaka.
Gryfon chwilę się zamyślił, ale nie zdążył nic odpowiedzieć, bo u jego boku pojawił się Zielonooki. 
- Tak, ten wasz pałkarz, taki patyczak, zwymiotował na boisko, ta dziewczyna od was przywaliła w obręcz, a ten drugi ścigający zderzył się z pałkarzem Puchonów. Cudnie, prawda? - wyszczerzył zęby w uśmiechu. 
- Dlaczego od nas? 
Wzruszył ramionami. 
- Nie wiem, ale świetnie to brzmi.
Wywróciłam oczami, a Zielonooki się zaśmiał.
- To mój kumpel, Will - oznajmił Zielonooki, klepiąc chłopaka po plecach.
- Nie wierzę, że się z nim przyjaźnisz - mruknęłam do Willa, a on się roześmiał.
- Ja chwilami też.
Zielonooki posłał mu kuksańca, zerkając na kogoś ponad moim ramieniem. Będąc niemal pewna, że patrzy na Rackel znowu wywróciłam oczami. Przyjaciółka wydawała się nim ostatnio najmniej zainteresowana, a on i tak uparcie chciał się do niej zbliżyć. 
- Cześć, Rackie - powiedział, podchodząc do niej. 
- Twoja przyjaciółka próbuje być niedostępna, ale tak naprawdę podoba jej się Raph - odrzekł Will, a ja ze zdziwienia spojrzałam na Rackel. Nie wyglądało na to, żeby dalej durzyła się w Raphaelu. 
- Co ty gadasz...
- Potrafię patrzeć na ludzi - rzekł Will, a jego kąciki ust uniosły się do góry. - Patrząc na ciebie, widzę, że nie masz zamiaru nigdy się zakochiwać. Wolisz znajdować się jak najdalej od miłości, bo sądzisz, że miłość ogłupia. Lubisz przebywać wśród znanych ci osób, ale nie masz problemów w poznawaniu innych, więc szybko adaptujesz się w nowym towarzystwie. Jesteś impulsywna, nie boisz się łamać zasad i czasami zgrywasz kogoś, kim nie jesteś. Preferujesz towarzystwo chłopaków, ale możesz też przebywać wśród dziewczyn bez najmniejszego problemu, o ile są to mądre dziewczyny. Powiedziałbym ci więcej, ale twoi dwaj przyjaciele dziwnie się na mnie patrzą, więc czuję się niekomfortowo - dodał na końcu, uśmiechając się delikatnie. 
- Każdy stwierdziłby, że jestem impulsywna bez żadnej umiejętności patrzenia na ludzi - odpowiedziałam. 
W większości, to co powiedział, było prawdą... No dobra, wszystko, ale to nie zmienia faktu, że każdy inny mógłby powiedzieć to samo. 
- Tak, ale nie każdy powiedziałby, że nie chcesz się zakochiwać, prawda? - Uniósł do góry brawi. - No właśnie - odparł, kiedy nie odpowiedziałam. - Gratuluję dostania się do drużyny.
- Jeszcze się nie dostałam - mruknęłam.
- Teoretycznie jesteś już w drużynie - rzucił, odchodząc w głąb Pokoju Wspólnego. 
  Pff, oczywiście. 

3 komentarze:

  1. Super! Niesamowite! Czekam na dalsze rozdzialy! Bardzo polubilam glowna bohaterke praz Rayana, zycze weny i czasu :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wow! Świetnie, Will jest fajny... ;) weny :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Jezu, kocham to opowiadanie ♡
    Teraz możesz mnie zabić. Trafiłam na nie jakieś pół roku temu, ale zgubiłam linka :( Gdyby nie grupa na Facebooku, nie odnalazła bym tego bloga :/ Cóż, teraz tu zostane :*
    Ryan, Matt, Elliot - uwielbiam ich! Są idealnie wykreowani, tacy... prawdziwi. Główna bohaterka jest baaardzo impulsywna :/ Chwilami to trochę denerwuje: bójka tu, bójka tam, tutaj bójek pełen kram. I uważaj na powtórzenia ;) Poza tym nie mam zastrzeżeń. Resztę przeczytam o normalnej porze, nie o 2.13 xD
    Pozdrawiam serdecznie
    StormHunter ☆

    OdpowiedzUsuń