niedziela, 15 marca 2015

Rozdział VI

DRZWI WYDARZEŃ

Widziałam, jak zabrały bransoletkę Lucy Parsons!
- Ukradła mi moją książkę!
- Odwróciłem się na chwilę. Na chwilę! Kiedy z powrotem spojrzałem już tego nie było!
- Zwinęła mi karty. Zrób coś z tym, albo sam się tym zajmę. 
To usłyszałam (i wiele innych rzeczy) gdy tylko pojawiłam się w Wielkiej Sali na śniadaniu. Z początku nie rozumiałam o co chodzi, dlaczego ludzie mi to mówią i o kogo im chodzi. Dopiero kiedy Willow Randal z Hufflepuffu opisała mi ową osobę, która ukradła jej pierścionek, wiedziałam, że chodzi o Victorię. Gdy zdałam sobie z tego sprawę, że moja własna siostra jest złodziejką moja wściekłość sięgała zenitu. Nawet nic nie powiedziałam przyjaciołom tylko zawróciłam i szybko pomaszerowałam do Pokoju Wspólnego, gdzie ostatnio widziałam Victorię. Miałam ochotę ją ubić, rozszarpać, zamordować. Nigdy, ale to n i g d y przez myśl mi nie przeszło, że Vicky mogłaby komuś coś ukraść. Nikt z naszej rodziny nie kradł. Ani Michael, ani ja, n i k t. Tymczasem okazało się, że najgrzeczniejsze dziecko w rodzine zaczęło kraść! 
Zabiję, zabiję, zabiję, powtarzałam sobie w myślach, popychając ludzi na schodach. Mało mnie obchodziło, że ktoś znów będzie miał do mnie jakiś problem tylko dlatego, że go staranowałam. Ważne było, żeby zamordować siostrę. Co jej w ogóle strzeliło do głowy?! Po co jej te wszystkie rzeczy?
Siódme piętro przebyłam biegiem, zniecierpliwiona wypowiedziałam do Grubej Damy hasło i dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że całą drogę do Pokoju Wspólnego podążali za mną Matt i Ryan. Nic jednak nie powiedziałam i kiedy Gruba Dama pozwoliła nam przejść od razu wpadłam do Pokoju Wspólnego, szukając siostry wzrokiem. Pomieszczenie było całkowicie puste, więc Victorię zobaczyłam od razu. Schodziła właśnie po schodach z dormitorium, kierując się do portretu Grubej Damy. Kiedy mnie zobaczyła zrobiłą wystraszoną minę, ale nie zdążyła niczego zrobić, bo dopadłam ją i przycisnęłam z całej siły do ściany. 
- Co ty sobie do cholery myślisz?! - zawołałam głośno, łapiąc ją za mundurek jak za szmatę. 
- Ale o co... - zaczęła drżącym głosem.
- Już ty nie udawaj niewiniątka - warknęłam, zaciskając mocniej palce na jej koszulce. - Czemu kradniesz? Jakim prawem okradasz ludzi?! Jeszcze z własnego domu! No mów!
Victoria już nie wyglądała na przerażoną. Wręcz przeciwnie, wyglądała na całkiem zadowoloną z siebie.
- Tak jakoś - odparła, wzruszając ramionami. Kiedy na jej twarzu pojawił się uśmieszek prawie wyszłam z siebie.
- Tak jakoś? Zaraz zniknie ci ten uśmieszek z twarzy, jak ci przyłożę. - Chłopcy zaczęli mnie od niej odciągać, a ja rzucałam w nią wiązankami wyzwisk. Sama byłam zaskoczona tym, że stać mnie na coś takiego. Umilkłam, kiedy Matt odciągnął mnie od Victorii jeszcze dalej. Spojrzałam na chłopców, oddychając szybko, jakbym przebiegła właśnie kilometr. Wyrwałam im się, ale nie podeszłam do siostry. Kopnęłam w fotel i kucnęłam, ukrywając twarz w dłoniach. 
Gdyby mnie nie odciągneli nie wiem co bym zrobiła. Bicie młodszych i słabszych nie leżało w mojej naturze, ale w tamtej chwili mogłabym pochlastać na kawałki. Byłabym o wiele spokojniejsza, gdyby nie ten jej durny uśmiech. Co to w ogóle miało znaczyć? Powinna się wstydzić tego co zrobiła.
Gdy tak kucałam przy wysiedzianym fotelu do Pokoju Wspólnego ktoś wszedł. Kiedy podniosłam głowę zobaczyłam Michaela, rozeźlonego Michaela. Był trochę zaskoczony, gdy nas zobaczył. Czyżby się mnie tutaj niespodziewał po tym jak usłyszałam o wyczynach mojej siostry?
- Evie, nie denerwuj się, bo profesor Ivers się o tym dowie - powiedziała Victoria, a w jej głosie wyczułam groźbę. Nie wytrzymałam. Rzuciłam się w jej stronę z pięściami, pragnąc z całych sił, aby ten uśmieszek zszedł jej z twarzy. Odepchnęłam Ryana i Matta i już się zamachiwałam, kiedy Michael złapał mnie w połowie ciała i odwlekł mnie na drugi koniec pokoju. Próbowałam się szarpać, ale uścisk Michaela był stalowy. Puścił mnie dopiero wtedy, gdy przestałam się wyrywać i stałam w bezruchu. Nie wiem dlaczego, ale kiedy Michael podszedł do Victorii, ja rzuciłam się w ich stronę znowu. Matt jednak złapał mnie mocno za nadgarstki i przycisnął do ściany.
- To bez sensu - powiedział nad moim uchem, a ja zacisnęłam zęby i przestałam stawiać opór. Miał rację, to było bez sensu. Gdybym coś jej zrobiła nic by to nie zmieniło, a ja miałabym w dodatku kłopoty. 
- Moja krew - odparł z fotela Ryan. Był rozbawiony.
- To nie jest śmieszne - warknął Matt do niego. Wyczułam w jego głosie rozdrażnienie. Oparłam głowę o ścianę za mną i poczułam, że Matt poluźnił trochę uścisk. Nadal byłam wzburzona, ale nie tak bardzo, jak jeszcze kilka chwil temu. Oddychałam głęboko. 
- Czemu kradniesz? - zapytał Michael Victorii. Głos miał spokojny, jak zawsze kiedy starał się rozwiązać jakiś problem. 
- Evelyn wie, ty nie musisz - odpowiedziała. Ponad ramieniem Matta zobaczyłam, że Michael spogląda na mnie przez ramię. Kucał przy Victorii. 
- Jedyne co mi powiedziała to, to, że tak jakoś - warknęłam. Matt nadal przyciskał mnie do ściany, ale już nie tak mocno. 
- Niedawno ci przecież powiedziałam - odrzekła Vicky z błogim spokojem. 
Już miałam się zapytać, co ona chrzani, kiedy oświeciło mnie. Kilka dni temu rozmawiałyśmy o wisiorku. Rozeszła się plotka po szkole, że Victoria ukradła komuś wisiorek. Wtedy nie za bardzo w to wierzyłam. Pytałam dlaczego, po co, ale te pytania opierały się tylko na lekkiej ciekawości. Teraz wiem, że odpowiedź " To dla pana Iversa." była jak najbardziej poważna. 
- Tak, bo nie ma to jak kraść dla typa, którego prawie w ogóle nie znasz - mruknęłam ostro. - Naprawdę, bardzo inteligentnie.
Matt i Michael zrobili pytającą minę. Ryan za pewne też, ale nie widziałam czy na pewno, bo pół pokoju zasłaniał mi Matt.
- Czyli dla kogo? - zapytał Michael wyraźnie zaniepokojony. 
- A do kogo ostatnio często chodzi? 
Michael wyglądał, jakby w ogóle nie wiedział, co ostatnio nasza kochana siostrzyczka robi.  
- Do kogo? Możesz mi powiedzieć? 
Prychnęłam.
- Tak to później jest, jak nie interesujesz się swoją ulubioną siostrą - rzuciłam z jadem. Nie wiem dlaczego dodałam "ulubioną", bo przecież nie miałam żadnego problemu z tym, że Michael wolał Victorię ode mnie. Tak mi się przynajmniej wydawało. - A może byłeś zbyt zajęty szukaniem ludzi do drużyny Quidditcha? - Powodu, dlaczego zaczęłam temat Quidditcha też nie znałam. Ochota na to, żeby wyrazić swoją rozpacz wynikająca z nie przyjęcia mnie do drużyny, nadeszła tak nagle, że zorientowałam się o tym dopiero kilka sekund po swojej wypowiedzi. 
- Evelyn... - zaczął Michael, ale ja nie pozwoliłam mu dokończyć. 
- Dobra, nieważne. Już to mi zwisa - powiedziałam, czując ucisk w gardle. Nie mogłam teraz się rozpłakać, nie chciałam. Wzięłam głębszy wdech. - Chodzi o Iversa. 
Dlaczego dalej przeżywałam ten głupi nabór do drużyny? Moja złość na brata i żałość po tym dniu była kompletnie bez sensu. Nie musiał mnie przecież przyjmować do drużyny, bo ten Charles mógł być faktycznie lepszy ode mnie, chociaż wówczas się na to nie zapowiadało. Michael nie miał żadnego obowiązku, żeby przyjąć mnie do drużyny... 
- Jakiego Iversa?
Przewróciłam oczami. On był taki głupi, czy tylko udawał?
- A jest jeszcze jakiś Ivers w szkole prócz tego, przed którym wymigiwałeś się od szlabanu?
- Ten Ivers? - zapytał, ale nie było to pytanie skierowane do mnie. - Po co do niego chodzisz? Jak często?
Victoria wzruszyła ramionami. 
- Codziennie. Rozmawiamy o różnych rzeczach. Chodzę do niego razem z Jessie.
- O czym rozmawiacie?
- A co cię to obchodzi?
Oczyma wyobraźni widziałam zdumioną minę Michaela. Jeszcze w te wakacje mało się do niego odzywała i z pewną dozą nieśmiałości, a teraz stawała się pyskata w stosunku do niego. 
- Już okay? - zapytał Matt, obserwując mnie uważnie. Pokiwałam głową, a on się ode mnie odsunął. Teraz mogłam zobaczyć Ryana i jego rozbawienie w oczach. Siedział na podparciu fotela i spoglądał na mnie z ciekawością.
- Evie już się uspokoiła? - zapytał, a ja spiorunowałam go wzrokiem. Poważnie, to nie była teraz pora na żarty. Ryan uniósł ręce w obronnym geście, ale nadal był rozbawiony. 
- Dla niego kradniesz? Każe ci to robić? - pytał dalej Michael siostry. 
- Nie, sama chcę to robić.
- Dajesz mu te przedmioty?
- Nie. 
- A co z nimi robisz?
- Za dużo pytasz. Ciekawość jest zła. Źle robisz, pytając mnie o takie rzeczy. Każdy twój zły uczynek, będzie miał swoją karę - powiedziała Victoria.
To było tak, jakby ktoś mnie oblał lodowatą wodą. Od razu zobaczyłam tę karteczkę i wypisane na niej zdanie: "Droga T., pamiętaj, że każdy twój zły uczynek, będzie miał swoją karę. J.I.I." Czy to przypadek, że Victoria powiedziała niemalże to samo?
- Jak profesor Ivers ma na imię? - zapytałam, marszcząc czoło. J.I.I. Mylę się?
- John - odparła siostra, spoglądając na mnie z zainteresowaniem.
- A czy ma drugie imię?
- Ma. Na drugie mu Ian.
J.I.I. John Ian Ivers. John Ian Ivers. To on. To on groził w tym krótkim liście. Ale kim była adresatka? Dlaczego jej groził?
- Co to ma do rzeczy? - zapytał Michael. Już miałam mu powiedzieć o tym wszystkim co odkryłam, ale w ostatniej chwili zrezygnowałam. I tak mi nie pomoże w znalezieniu powodu tego listu. Nie potrzebnie bym go do tego mieszała. 
- Nic - rzekłam i wsadziłam ręce do kieszeni szaty. Dotknęłam palcami karteczki i wsunęłam ją głębiej. - Zwykła... ciekawość.
Spojrzałam na Victorię, a ona ledwo dostrzegalnie się uśmiechnęła, jakby wiedziała, o co w tym wszystkim chodzi. 
- Wszystkie skradzione rzeczy masz oddać, zanim dowie się o tym profesor Liws. I przeproś osoby, które okradłaś - mruknęłam chłodno. 
- Profesor Liws już wie - odezwał się kobiecy głos za nami. Odwróciliśmy się z Mattem i zobaczyłam opiekunkę naszego domu. Profesor Liws.
Miała poważną minę, ale nie mogłam wyczytać z jej twarzy, jak wielkie Victoria będzie miała kłopoty. Dobrze ukrywała swoje emocje pod kamienną maską, którą codziennie nosiła. Rzadko kiedy nawet się uśmiechała. Nagradzała tylko spojrzeniem i również nim karciła.
- Na przepraszaniu chyba się nie skończy - odezwał się Ryan z fotela. - Dzień dobry pani, jak dzisiaj się pani miewa?
Ryan był dosyć częstym gościem w gabinecie profesor Liws. Wchodził bez niczego, a wychodził ze szlabanem. Dlatego też zachowywał się przy niej inaczej, niż przy innych nauczycielach. I niemalże zawsze pytał o jej samopoczucie, gdy ją spotykał. Coś jakby miał do niej szacunek, chociaż on nie ma do nikogo szacunku. 
- Myślę, że to pytanie jest teraz zbędne, panie Johnson - odrzekła profesor Liws, patrząc na niego karcącym wzrokiem. Przeniosła spojrzenie na mnie, a później na Michaela i Victorię. 
- Panno Brown, musimy sobie uciąć krótką pogawędkę. 
Mój pradziadek pewnie się przewracał w grobie, widząc, jak jego potomek okradał ludzi. Prababcia pewnie też. 
Kiedy Matt z Ryanem ruszyli do wyjścia, ja podążyłam za nimi. Przeszłam koło profesor Liws i już miałam wyjść, kiedy nauczycielka mnie zatrzymała.
- Evelyn, ty zostań.
- Ja nie mam nic do powiedzenia na ten temat - mruknęłam, ale stanęłam, czekając na odpowiedź opiekunki.
- Dobrze, w takim razie możesz iść - odparła w końcu, ale po chwili dodała. - Odpowiedz mi tylko na pytanie. Czy wiesz może,  dlaczego Victoria to zrobiła?
Potrząsnęłam głową. Nie uwierzyłaby mi, gdybym jej powiedziała, że głównym powodem kradzieży Vicky jest profesor Ivers. - W porządku. Możesz już iść.
Odwróciłam się i wyszłam. 
Na schodach spotkaliśmy paru pojedynczych uczniów, ale w większości było pusto, jak podczas deszczu na błoniach. Szliśmy w milczeniu na dół do Wielkiej Sali. Nie wiedziałam, czy chcę tam iść i wysłuchiwać komentarzy, albo oskarżeń przez głupotę mojej siostry. Nie wiedziałam, czy bym komuś nie przywaliła, gdyby miał do mnie pretensje o kradzieże Vicky. 
Gdy byliśmy na drugim piętrze przystanęłam w połowie schodów. Chłopcy się zorientowali, że za nimi nie idę, więc również stanęli. 
- Wszystko okay? - zapytał Matt. Pokręciłam głową. Wyciągnęłam karteczkę z kieszeni i spojrzałam na nią. Miałam dziwne przeczucie, że ta groźba ma coś ze mną wspólnego. 
- Co to? - zapytał Ryan, podchodząc do mnie. Pokazałam mu karteczkę i zaczęłam opowiadać im obojgu o tym, jak znalazłam ją w bibliotece, a później o tym co powiedziała Victoria i o moich przemyśleniach na ten temat. Nie trwało to długo, jakieś pięć minut, jednak w tym czasie schody, na których staliśmy przesunęły się i do Wielkiej Sali musieliśmy iść dłuższą drogą. 
- On jest jeszcze gorszy niż Rains - mruknął Ryan. 
Profesor Rains to dawna nauczycielka zielarstwa, która odeszła w drugiej klasie na swoją zasłużoną emeryturę. Była wredną kobietą, która rozdawała szlabany na prawo i lewo, dlatego też była nielubiana przez większość uczniów. Prawie cała szkoła odetchnęła z ulgą, gdy dowiedziała się o końcu nauczania przez profesor Rains. Nawet inni nauczyciele. 
- Ciągle odbiera nam punkty z byle jakiego powodu. 
- Przez ciebie - wtrącił Matt. - Tak Ivers się tym usprawiedliwia. 
- O właśnie. Nic nie robię, a ten odbiera punkty Gryffindorowi. To jest jeszcze gorsze niż jakbym miał dostać szlaban, powaga. - Zabić za "powaga" (nienawidziłam tego słowa), pochwalić za jego zdanie w tej kwestii.
- Jak dla mnie, Rains była aniołem przy nim - odparłam.
- Tak sądzisz, robaczku? - Ryan wyszczerzył zęby w uśmiechu.
Profesor Rains tak mówiła do każdego ucznia dla niepoznaki, kiedy chciała dać mu szlaban. Każdy, kto nabierał się na "robaczku" był głupi, bo to słowo było przesiąknięte nienawiścią do każdego dzieciaka w tej szkole. Tak się składało, że często do mnie zwracała się w ten sposób, bo dużo razy jej podpadałam. Z tego powodu to przezwisko przylgnęło do mnie przez całą drugą klasę, a profesor Rains już do końca mówiła do mnie "robaczku" z taką samą dozą nienawiści, co do każdego innego ucznia. 
- Tak, tak właśnie sądzę - powiedziałam, ale się uśmiechnęłam delikatnie. Robaczek w wykonaniu Ryana nie miał w sobie nienawiści, wręcz przeciwnie. Był całkiem sympatyczny z nutą czułości. 
- Myślisz, że Victoria powiedziała to specjalnie? - zapytał Matt, biorąc ode mnie karteczkę.
Pokiwałam głową.
- Wydaje mi się, że ja miałam to usłyszeć. Tak jakby Ivers kazał jej to powiedzieć, rozumiesz? 
- Tylko po co?
- No - westchnął Ryan. - Tego to się na razie nie dowiemy, a teraz chodźcie już moje robaczki, bo jestem głodny. 
Wymieniliśmy rozbawione spojrzenia z Mattem i ruszyliśmy za Ryanem. 
Podczas jedzenia zdążyliśmy opowiedzieć wszystko Rackel, Alice i Elliottowi. Alice była zaniepokojona zachowaniem mojej siostry, Elliott rzucał ciagle uwagami na temat prania mózgu, a Rackel przysłuchiwała się w milczeniu, rozbierając wszystko na czynniki pierwsze. 
Dzisiejszego dnia pierwszą lekcję mieliśmy z Iversem (O Boże), więc nierozsądnie byłoby się spóźnić na jego zajęcia. Zapowiadało się na to, że nie będzie spóźnienia, kiedy Ryan przypomniał sobie, że zapomniał różdżki z dormitorium. Matt jak dobry przyjaciel przewrócił oczami i poszedł z Ryanem na siódme piętro. Elliott natychmiast popędził za nimi. Ja miałam zamiar iść z dziewczynami, ale przyszedł mi do głowy jeden pomysł i to była jedna z niewielu okazji, gdy dormitoria były puste. Chciałam sprawdzić, czy Victoria ma jakieś zapiski bądź rzeczy od Iversa. Dowody, czy cokolwiek, co by świadczyło o tym, że Ivers nią manipuluje. 
- Będę się spieszyć - rzuciłam dziewczynom i pobiegłam szybko na górę. Gdybym się spóźniła Ivers miałby już jakiś powód, żeby dać szlaban, albo odjąć punkty domowi. 
- Czegoś zapomniałaś, robaczku? - zapytał Ryan, kiedy ich dogoniłam. 
- Chcę tylko sprawdzić jedną rzecz - odrzekłam.
Stanęliśmy przed portretem Grubej Damy, wypowiedzieliśmy hasło i nas wpuściła. Nie oglądając się za siebie natychmiast poszłam do dormitorium pierwszej klasy. Jak przypuszczałam, nie było w nim żywej duszy. Nie byłam jeszcze w dormitorium własnej siostry, więc nie wiedziałam, które było jej łóżko. Zaczęłam więc otwierać każde z kufrów przy łóżkach. Łóżkiem siostry okazało się te pod oknem. Przeszukałam najpierw jej szafkę nocną, a później zawartość kufra. Nic, co by wskazywało na to, żeby Ivers jej coś dawał. Zerknęłam jeszcze pod jej łóżko, materac i poduszkę. Nic nie znalazłam. 
Zaklęłam i wyszłam z jej dormitorium, zostawiając wszystko tak, jak wcześniej. Kiedy zeszłam na dół chłopców nie było, musieli być u siebie na górze. Przewróciłam oczami i ruszyłam w stronę ich dormitorium. Nie zdążyłam jednak do nich dojść, gdy sami wyszli.
- Już? - zapytałam zniecierpliwiona. W tej samej chwili zadzwonił dzwonek. Mieliśmy tylko dwie, trzy minuty zanim Ivers pojawi się pod klasą. Ruszyliśmy biegiem. 
Dobiegając do klasy było już jasne, że byliśmy spóźnieni. Kiedy otworzyliśmy drzwi wszyscy jeszcze wypakowywali podręczniki. Jest szansa, pomyślałam. Wśliznęliśmy się do klasy i zajęliśmy szybko swoje miejsca, zanim Ivers zorientowałby się, że się spóźniliśmy. Właśnie szukał czegoś w szafce w biurku, a kiedy się podniósł wszyscy już siedzieliśmy. 
- O, jak miło. Panna Brown, pan Crafford, pan Johnson i pan Cooper postanowili jednak uraczyć nas swoją obecnością?
Niech to szlag, wiedział.
- Odejmuję dziesięć punktów Gryffindorowi za spóźnialstwo. Dziesięć punktów na każdą osobę - dodał z jadem i spojrzał na mnie. 
- Nie spóźniliśmy się - wypaliłam, zanim zdołałam się powstrzymać przed powiedzeniem czegokolwiek. 
- Uczeń ma podnosić rękę, gdy chce coś powiedzieć - powiedział chłodno Ivers. 
Już otwierałam usta, żeby coś powiedzieć, kiedy Ryan szturchnął mnie kolanem. Miałam siedzieć cicho. Zacisnęłam zęby i spojrzałam na Iversa lodowatym wzrokiem. 
Ivers czekał jeszcze kilka chwil, aż coś powiem, jednak nic takiego nie nadeszło. Odeszedł więc do biurka i już więcej na mnie nie spojrzał. Na dzisiejszej lekcji Zaklęć i Uroków uczyliśmy się zaklęcia przywołującego. Przez pierwszy kwadrans Ivers objaśnił nam skąd się wzięło to zaklęcie, jaki ruch zrobić ręką i jak je wypowiedzieć. Resztę lekcji spędziliśmy na praktykach. Mieliśmy za zadanie przywołać do siebie jedną z poduszek, leżących na stoliku obok biurka Iversa. 
- On jest - zaczął Ryan, celując różdżką w stos poduszek - chory - dokończył. - Accio!
- Mało powiedziane - mruknęłam. - Accio!
Poduszka, którą chciałam przywołać ani drgnęła, tak jak przez całą pozostałą lekcję. 
Przechodząc z lekcji na lekcje słyszałam szepty skierowane w moją stronę. Ciągle słyszałam imię Victorii, albo "siostra Evelyn/Michaela". Już po trzeciej lekcji cała szkoła wiedziała, że Victoria jest złodziejką, a na długiej przerwie aż wrzało w Wielkiej Sali. Wiele ludzi wskazywało na mnie palcem i znowu słyszałam imię swojej siostry. To zaczynało być irytujące, a wkurzyłam się jeszcze bardziej, kiedy jakiś Puchon przyszedł do mnie poskarżyć się na Vicky.
- Twoja siostra okradła mnie - powiedział pyzaty chłopiec, zastępując nam wszystkim drogę, kiedy chcieliśmy usiąść przy stole i zjeść.
- Gówno mnie to obchodzi, że cię okradła. Idź powiedz to profesor Liws, dyrektorowi i możesz nawet wysłać pismo do ministra magii, żeby ją ukarali. Nie ja cię okradłam, ja nic z tym nie zrobię i ja cię teraz żegnam - warknęłam na niego i ominęłam go zanim zdążył odpowiedzieć. Usiadłam przy stole i napiłam się soku dyniowego.
- Evelyn... - zaczęła Alice spokojnie i ostrożnie. Oho, zaraz zacznie mówić, że byłam dla tego Puchona niegrzeczna.
- Hm? - mruknęłam, odstawiając puchar na stół.
- Nie musiałaś być taka niemiła dla niego...
Wiedziałam.
- Inaczej się nie da - odparłam i wzięłam do ręki kanapkę z wielkiego talerza. - Jak będziesz miła, to nigdy się nie odczepią. - Ugryzłam wielki kęs i spojrzałam na Ryana, który wpakowywał sobie całą kanapkę do ust. Zachciało mi się właśnie rzygać na ten widok. Wszystko wylatywało mu z ust, a on i tak dalej mielił tą paszczą. Odwróciłam głowę i z trudem przełknęłam zawartość ust. Z drugiej strony zaś był Elliott, który tak jak Ryan przeżuwał c a ł ą kanapkę i nim zdążył przełknąć jedną, to wpychał sobie drugą. 
- Jesteście obrzydliwi - jęknęłam i udałam, że zbiera mi się na wymioty. Elliott natychmiast odskoczył, wypluwając wszystko na swój talerz (za każdym razem tak reagował, jak widział, że komuś zbierało się na wymioty, nie że wypluwał, ale odskakiwał). O Boże, to ohydne.
- Elliott! - zawołała Alice i kiedy spojrzała na zmielone jedzenie wyplute na talerz wydała z siebie dziwny dźwięk, jakby się krztusiła swoją śliną. 
Ryan zaczął rechotać na cały głos, aż kilkoro uczniów spojrzało w naszą stronę. Spojrzałam na Matta, który ledwo co powstrzymywał się od śmiechu. Kopnęłam go w kostkę kiedy pił sok dyniowy.
- To nie jest śmieszne.
Matt zakrztusił się sokiem i pomiędzy falami kaszlu śmiał się jak Ryan. Ryan uderzył go kilka razy w plecy i opadł na stół, płacząc ze śmiechu. 
- Ej, dobra, stary, to serio było obrzydliwe - powiedział Ryan, kiedy już się trochę uspokoił. Elliott spojrzał na niego z grymasem i wrócił na swoje miejsce. Zamienił swój talerz z papką, która wyglądała jak wymiociny, na czysty i wziął kanapkę do ręki. Tym razem jadł małymi kęsami. Dzięki Bogu.
- Chyba się zaraz porzygam - mruknęła Rackel, zerkając na odsunięty talerz Elliotta.
- To się tam nie patrz - odezwałam się i na widok miny Rackel sama wybuchłam śmiechem. Ryan znowu zaczął rechotać, a Matt razem z nim. Nawet u dziewczyn pojawiło się rozbawienie. Elliottowi jednak nie było do śmiechu. Wciąż był roztrzęsiony po tym, jak zamierzałam udawać wymioty. 
Po lunchu mieliśmy Eliksiry, Transmutację, Historię Magii i Zielarstwo, a później byliśmy wolni. Przynajmniej od nauczycieli. Mogliśmy iść do biblioteki, żeby odrobić zadania, ale Alice stwierdziła, że damy sobie radę bez książek, więc skierowaliśmy się do Pokoju Wspólnego. Gdy się zbliżaliśmy do siódmego piętra ogarnęło mnie dziwne uczucie. Wcale nie chciałam znowu słuchać tych durnych komentarzy, szeptów i patrzeć, jak ludzie wskazują na nas palcami. Moje dziwne zachowanie zauważył Ryan. Zrównał ze mną kroku na końcu grupy i wsadził ręce do kieszeni. 
- Nie przejmuj się nimi - powiedział. - Olej ich, bo nie warto zwracać uwagi na takich debili. 
- Zobaczymy, co powiesz, kiedy znajdziesz się w podobnej sytuacji - mruknęłam. - To nie jest wcale miłe, kiedy jesteś wytykany palcami, bo twoje rodzeństwo zrobiło to, to i to. Dopóki ona w szkole się nie pojawiła było dobrze. 
- No tak, ale nie możesz już nic zrobić. Tak czy inaczej by tutaj trafiła, to nieuniknione. 
- Wiem - westchnęłam, poprawiając sobie torbę na ramieniu. - To wszystko niesprawiedliwe. Chodzisz sobie do szkoły, nikt nie ma do ciebie żadnych problemów, niektórzy nawet cię lubią, inny tolerują i przychodzi twoja siostra, zaczyna kraść i nagle wszyscy są przeciwko tobie.
- Życie jest niesprawiedliwe. Choćbyś, nie wiem jak bardzo, pragnęła innej rzeczywistości, to tego nie zmienisz, jeśli inni ludzie też nie będą tego chcieli zmienić - rzekł Ryan cicho. Dwóch pierwszoklasistów przemknęło między nami, kierując się w górę. - Wierz mi, całe życie chciałem, żeby ojciec wrócił do mnie i do mamy. Myślałem, że jak będę tego bardzo pragnąć, to wróci i będzie tak jak dawniej. Ale nie zawsze dostajemy to, co chcemy. Życie jest o tyle niesprawiedliwe, że jeśli ci na czymś bardzo zależy, to zostanie to tobie odebrane, prędzej czy później. 
Historia Ryana była przygnębiająca. W wieku sześciu lat został opuszczony przez ojca, który postanowił uciec od niego i od żony. Jego matka, choć kochała męża nie mogła pokochać Ryana, bo miał w sobie krew czarodziejów. Sama była mugolką i nie mogła się pogodzić z tym, że jej dziecko jest inne, niż większość dzieci jej znana. Ryan nigdy nie doświadczył miłości matki, tak jakby tego pragnął. Nie wiadomo nawet, czy jego matka okazywała mu jakiekolwiek uczucia. Kiedy wyszła drugi raz za mąż i urodziła córkę, coraz bardziej zaniedbywała Ryana. Ryan był osamotniony, bo w domu mijali go szerokim łukiem, a w szkole nie miał przyjaciół z powodu swoich dziwnych zachowań, których efektem były magiczne zdolności. Jednak bardzo zżył się z przyrodnią siostrą, która na wskutek nieszczęśliwego wypadku zginęła w wieku dwóch lat. Jego matka znowu została opuszczona przez męża. Zaczęła też pić, czasami była niezdolna nawet do najprostszych czynności, więc Ryan musiał sobie radzić ze wszystkim sam. 
Na początku szkoły był raczej samotnikiem. W pierwszej klasie zazwyczaj siedział z dala od wszystkich, z nikim nie rozmawiał, był zamknięty w sobie, a ludzie traktowali go jak powietrze. Dopiero kiedy my z Elliottem i Mattem zaczęliśmy próbować złapać z nim jakikolwiek kontakt, stawał się coraz bardziej otwarty na świat i ludzi. Teraz, gdybym nie znała Ryana i pokazano mi jego zachowanie z czwartej i pierwszej klasy, nie pomyślałabym, że to jedna i ta sama osoba. Ryan bardzo się zmienił. I nawet jeśli jest obrzydliwy, agresywny i w głowie mu tylko dziewczyny, to nie zamieniłabym go na nikogo innego. Pomimo swoich wad jest najlepszym przyjacielem jakiego można sobie wymarzyć. 
Gdy weszliśmy do Pokoju Wspólnego nikt nie rozmawiał o Victorii... aż mnie zobaczyli. Natychmiast wszystkie spojrzenia skierowały się na mnie i choć nadal ze sobą rozmawiali, atmosfera się zmieniła. Ryan poprowadził mnie na kanapę, jeszcze wcześniej Elliott wygonił z niej drugoklasistów i posadził mnie. Warknął coś do jakiegoś chłopaka, a sam usiadł w fotelu, przy którym dzisiaj rano kucałam, próbując opanować nerwy. Po moich obu stronach usiadły dziewczyny, Elliott zajął swoje ulubione miejsce na podłodze obok kominka, a Matt usiadł w drugim fotelu. 
Przez jakiś czas nie zdawałam sobie sprawy, że ludzie mnie obserwują i szeptają na mój temat. Byłam zajęta czymś innym, na przykład ściąganiem od dziewczyn pracy domowej z Historii Magii, albo ściąganiem od dziewczyn pracy domowej. To skomplikowane. Dopiero kiedy skończyłam pisać wypracowanie rozejrzałam się po pomieszczeniu. Niektórzy natychmiast odwracali wzrok, a jeszcze inny bezczelnie się na mnie patrzyli. Próbowałam nie rozglądać się po Pokoju Wspólnym i wpatrywać się w coś, co nie patrzyło na mnie oskarżycielsko. Na przykład na Elliotta, który cicho chrapał przy kominku. Nie wiem kiedy zasnął, ale na pewno nie skończył wypracowania. Szturchnęłam go nogą i natychmiast się obudził. Spojrzał na mnie zdezorientowany, a kiedy wskazałam mu podbródkiem pergamin, leżący na jego kolanach, jęknął głośno. 
- Alice - zaczął słodko.
- Hm?
- Napiszesz mi wypracowanie? - zapytał.
- Chyba śnisz - prychnęła Alice, nie odrywając wzroku od swojego pergaminu. Ani na chwilę nie przestała pisać.
- No przed chwilą śniło mi się, że taka fajna dziewczyna napisała mi wypracowanie. A sny przepowiadają przyszłość. Napiszesz mi wypracowanie? - Elliott powinien zostać okrzyknięty mistrzem proszenia Alice o napisanie mu pracy domowej. Robił to tyle razy, że trzeba go zapisać w jakiejś księdze rekordów, albo uwiecznić go na kartach z Czekoladowych Żab. 
- Nie - odrzekła stanowczo Alice.
- Rackeeel?
Rackel pokręciła głową. Elliott spojrzał na mnie błagalnie, a ja uniosłam brwi z rozbawieniem. Przecież ja sama spisywałam od Alice i Rackel, a Elliott jest na tyle leniwy, że nie chciałoby mu się nawet pozmieniać zdań. 
- Evelyn i tak spisywała ode mnie - mruknęła Alice, maczając końcówkę pióra w kałamarzu. 
- Nieprawda - zaprotestowałam natychmiast, a Alice się uśmiechnęła. 
- O co zakład? - zachichotała, a po chwili spoważniała. - Ryan. Ryan!
Ryan poderwał się z fotela, jak oparzony. Był tak samo zdezorientowany, jak jeszcze przed chwilą Elliott. Alice nachyliła się i pomachała mu przed oczami. 
- Tak cię zafascynował ten kominek, czy spałeś z otwartymi oczami? 
Ryan ziewnął szeroko zanim odpowiedział.
- Nie wiem. Chyba to pierwsze. Podziwiałem... ten... ten kamień, z którego został wykonany tak śliczny kominek. Artysta, który go tworzył musiał mnie naprawdę bujną wyobraźnię. Ten kształ, te kolory. Magnifique!
- A ja wstanę i zacznę klaskać - odrzekł Elliott i ruszył nogą, po czym znowu ją położył w poprzedniej pozycji. - Dobra, nie chce mi się. 
Uśmiechnęłam się rozbawiona i spojrzałam w prawo, czego miałam nie robić. Napotkałam spojrzenie Charlesa Curtisa, który uśmiechał się do mnie złośliwie. Zanim zdążyłam odwrócić głowę usłyszałam jego wredny tekst.
- Hej, Evelyn! Jak tam siostra? Słyszałem, że została kolekcjonerką wielu różnych rzeczy. Ma to po tobie? Czy po rodzicach?
Zacisnęłam zęby. Matt podniósł głowę znad pergaminu, ale zamiast spojrzeć na Charlesa, spojrzał na mnie. Jego wzrok kazał siedzieć cicho i olać, to co mówi ten chłopak. 
- A czy ktoś kiedyś ci przyłożył w twarz? - zapytał Ryan, prostując się w fotelu. 
Rozmowy w Pokoju Wspólnym ucichły. Byłam pewna, że każdy teraz patrzy w naszą stronę.
- Nie, ale prawie okradł - zarechotał Charles, a wraz z nim jakiś chłopak, za pewne jego kumpel. - No więc Evelyn, kto ją tego nauczył?
- A czy kiedykolwiek widziałeś, żebym ja kradła, idioto? - warknęłam. Nie potrafiłam siedzieć cicho w takich chwilach. Brakowało mi samokontroli. 
- No wiesz, ja nie widziałem, ale to nie oznacza, że tego nie robiłaś - odparł spokojnie, co mnie doprowadzało do szału. 
- Przyłożyć ci w ten zakuty łeb? - zapytał Ryan, patrząc na Charlesa lodowatym wzrokiem. Siedział w takiej pozycji, że w każdej chwili mógł się rzucić w stronę ciemnoskórego chłopaka. Jeszcze tylko tego brakowało, żeby Ryan wszczął bójkę. 
- Nie trzeba - odpowiedział oschle Charles, opierając się na lewej ręce. Zmierzył Ryana pogardliwym spojrzeniem. Moja babcia zawsze powtarza, że ludzie wierzą w ufoludki, a nie potrafią uwierzyć w ludzi. W tej chwili naprawdę mogłabym uwierzyć w kosmitów niż w takiego Charlesa.
- Ryan, nie ma sensu - wtrąciła cicho Rackel, obserwując całą tą sytuację zza pergaminu. Ryan mruknął coś pod nosem i opadł na oparcie fotela. Wiedziałam, że z trudem powstrzymuje się, żeby czegoś nie palnąć. 
- O właśnie, słuchaj swojej koleżanki, dziewczyny czy kim ona tam dla ciebie jest. Nie rozmawiam z tobą - rzekł Charles i przeniósł wzrok na mnie. Już otwierał usta, żeby coś powiedzieć kiedy nie dałam mu dojść do słowa.
- Jeśli chcesz coś powiedzieć na temat mojej siostry, to sobie daruj. Ona to zrobiła, ja nie, więc się odwal ode mnie. Nigdy nie kradłam i nie zamierzam. Jak macie z nią problem to idźcie z nim do profesor Liws, albo do Michaela. 
- Aniołem i tak nie jesteś.
To naprawdę bardzo mądre zaczynać kolejny temat, który ma się nijak do pierwszego. Jak być mądrym? Ukrywać swoją głupotę. To pewnie życiowe motto Charlesa. 
- Nigdy nie byłam i nie będę, ale czy to oznacza, że mam okradać ludzi? Użyj mózgu do myślenia, co? 
- Czyli mówisz, że nikogo nie okradłaś? Tak?
- Mam ci to napisać na kartce wielkimi literami? - zapytałam cierpko. 
Charles roześmiał się, ale nie był to przyjazny śmiech. Zupełnie jakbym słyszała Pereza. Czy oni nie są ze sobą spokrewnieni?
- W takim razie, jak wytłumaczysz posiadanie Zmiatacza 2?
O czym on pieprzy?
- Evelyn ma przecież Nimbusa 2000, debilu - wtrącił Elliott. Przynajmniej połowa pokoju miała pytające miny. Najpierw jest rozmowa o Victorii, a zaraz wyjeżdża z jakimś Zmiataczem 2, na którym w ogóle nie latałam. Czy to nie jest bez sensu?
- Teraz tak, ale miała wcześniej Zmiatacza 2. Ja też miałem Zmiatacza 2, zanim mi go ktoś nie ukradł. 
- Wcześniej to ja latałam na jednej ze szkolnych mioteł. Nigdy nie miałam Zmiatacza 2 - oświadczyłam, próbując zrozumieć co miał na myśli. - Nie wiem, kto ci ukradł twoją miotłę, ale na pewno nie byłam to ja. 
- Czyli zaprzeczasz, że nigdy nie trzymałaś w ręku Zmiatacza 2? - zapytał głupio. Teraz wiem, że głupich nie sieją, sami się rodzą.
- Tego przecież nie powiedziałam - burknęłam. 
- Ale przecież widziałem, jak trzymałaś w ręku Zmiatacza 2 w trzeciej klasie. 
Przeszukałam szybko w myślach jakiejkolwiek chwili, w której trzymałabym w ręku jakiegoś Zmiatacza 2. Na początku trzeciej klasy znalazłam taką miotłę na trybunach, gdzie zwykle kibicowali Ślizgoni. Wzięłam ją do ręki tylko po to, żeby zanieść ją do szatni i przekazać pani Spear. Całkiem możliwe, że mógł mnie wtedy widzieć, bo było to godzinę przed pierwszym meczem. Ale żeby od razu oskarżać mnie o kradzież? Jeśli był później na meczu, to musiał widzieć, że latałam wtedy na szkolnej miotle, a nie na jego. Nie wiem, co pani Spear zrobiła z tą miotłą, ale ja jej nigdy na oczy więcej nie widziałam.
- Znalazłam tę miotłę na trybunach, więc odniosłam do szatni - powiedziałam opryskliwie. - Przekazałam ją pani Spear. Poza tym, na meczu i tak latałam na szkolnej miotle, a tego Zmiatacza już na oczy nie widziałam, więc nie wiem czemu masz do mnie problem. Jeżeli chcesz, to idź porozmawiaj z panią Spear.
- No to zobaczymy - prychnął Charles. Pokój Wspólny już dawno wypełnił się rozmowami i tej konwersacji przysłuchiwali się tylko moi przyjaciele i kumpel Charlesa.
- No dobra - odpowiedziałam, po czym wstałam. Zaczęłam pakować swoje rzeczy do torby. - Idę stąd, zanim szlag mnie trafi - mruknęłam do przyjaciół. - Dobranoc.
- Dobranoc - odpowiedzieli cichym chórem. Idąc do dormitorium czułam na sobie wiele spojrzeń. Ile to będzie jeszcze trwać?
Dormitorium było całkowicie puste, co przyjęłam z prawdziwą ulgą. Naprawdę miałam dość na dzisiaj przebywania wokół ludzi, którzy szeptali o mnie i o Victorii. Swoją drogą, to zapomniałam ją zabić za to co zrobiła. Położyłam torbę obok szafki nocnej i opadłam na łóżko. Och jak dobrze było się położyć na miękkim materacu. Nie leżałam jednak długo, bo po chwili wstałam i ściągnęłam z siebie szatę. Dopiero wtedy zauważyłam skrawek pergaminu, leżący na mojej szafce nocnej. Sięgnęłam po niego i rozwinęłam. Poczułam się, jakbym właśnie dostała w twarz. Na kartce, wypisane koślawym pismem było to zdanie, które już widziałam:


"Droga E., pamiętaj, że każdy twój zły uczynek, będzie miał swoją karę.

V.B."



2 komentarze:

  1. OMG. To pierwsze co pomyślałam po przeczytaniu tej notki. Jak wcześniej nic nie miałam do Vic, tak teraz ta mała dziewucha działa mi na nerwy!
    JA CHCĘ WIĘCEJ!
    Nie wyłapałam raczej błędów, czytało się bardzo płynnie. Notki są długie, to bardzo dobrze.
    Wybacz, że dopiero teraz komentuje, jak zawsze zapominam to zrobić :C
    Pisz dalej, jestem ciekawa co się stanie dalej. Mam przeczucie, ze bedzie się duuużo działo.

    Pozdrawiam i życzę weny, Axanna Pietrova

    OdpowiedzUsuń
  2. "Wchodził bez niczego, a wychodził ze szlabanem." - Uwielbiam to zdanie :D.
    Świetnie piszesz, nie mogę doczekać się kolejnego rozdziału. Chciałabym jak najszybciej dowiedzieć się, co będzie dalej, jak to wszystko się skończy. A wydaje mi się, że następne rozdziały przyniosą sporo akcji :)
    http://nocturne.blog.pl/

    OdpowiedzUsuń