SIOSTRZANE RELACJE
Naprawdę nie wiem jak mogło do tego dojść. Przecież się starałam wypaść jak najlepiej. W zeszłym roku szło mi świetnie, sam Michael tak powiedział, więc dlaczego tym razem mnie nie wziął do drużyny? Odebrał mi jedyną rzecz, którą kochałam.
- Evelyn, słońce - powiedziała Alice. - On nie wie, co traci...
Patrzyłam w jeden punkt na trawie, chciałam się odciąć od świata, nic nie rozumieć, ale słowa Alice bębniły mi w uszach.
- Boże, Evelyn, przestań! - zawołała Rackel i gwałtownie podniosła moją prawą rękę, której palce przed chwilą, były zaciśnięte na lewej dłoni. Spojrzałam zaskoczona na Rackel, a później na swoją dłoń. Tak mocno wpijałam paznokcie w skórę, że pojawiła się krew, która spływała wolno w dół.
- A... - odrzekłam tylko i wyrwałam rękę z uścisku Rackel. Nie dotknęłam jednak ran, które sobie zadałam.
- Chodź... pójdziemy do skrzydła szpitalnego - zaproponowała cicho Alice i próbowała pomóc mi się podnieść, ale ja nie chciałam nigdzie iść.
- Nic mi nie jest - warknęłam, zaciskając dłonie w pięści. Z ran zaczęło wypływać więcej krwi.
- Nie zaciskaj... - zaczęła Alice ostrożnie, chcąc mnie dotknąć, ale ja natychmiast wstałam i odeszłam na bezpieczną odległość. Nie chciałam, żeby ktokolwiek mnie dotykał.
- Elliott, zrób coś - zażądała Alice. Elliott przez ten cały czas stał w miejscu, obserwując całe wydarzenie. Milczał, kiedy Alice spojrzała na niego z nadzieją. - Ryan.
- Co? - Ryan podniósł głowę. Był tak zajęty wyzywaniem Michaela, że nie słyszał tej krótkiej wymiany zdań. Alice zerknęła na mnie, a Ryan odwrócił się w moją stronę. Musiał zauważyć krew spływającą mi po dłoni, bo podszedł i mocno złapał mnie za nadgarstek, unosząc do góry.
- Coś ty zrobiła? - zapytał, patrząc na mnie. Był zły.
- Nic - warknęłam i odepchnęłam go od siebie. Wszyscy parzyli na mnie z litością, albo jak Ryan z gniewem, bo sobie coś zrobiłam. - Dajcie mi spokój - mruknęłam i szybkim krokiem poszłam w stronę szatni. W drzwiach minęłam się z Mattem, uderzyłam go brutalnie ramieniem i pobiegłam w stronę błoni. Nie wiem jak, ale znalazłam się nad jeziorem w miejscu, w którym jeszcze nie byłam. Usiadłam na ziemi, a wielkie krzaki idealnie zasłoniły przed światem. Uderzyłam pięścią w ziemię i zacisnęłam zęby, żeby się nie rozpłakać. Pomogło.
***
Musiałam siedzieć bardzo długo nad jeziorem, bo gdy wracałam do zamku słońce chyliło się ku zachodowi. Byłam zmarznięta, gdyż zaczął wiać zimny wiatr, a na niebie zbierały się ciemne chmury. Zdążyłam dojść do zamku, zanim deszcz lunął z nieba. Uczniowie mijali mnie zaintrygowani moją miną i zaschniętą krwią na mojej dłoni. Kiedy jednak zmierzyłam ich jadowitym spojrzeniem, odwracali wzrok najwyraźniej wystraszeni.
Musiałam być w samą porę na kolację, gdyż wszyscy zmierzali do Wielkiej Sali. Przez chwilę zastanawiałam się, czy pójść do Pokoju Wspólnego, czy coś zjeść. Głód jednak wygrał i skierowałam się wraz z pozostałymi do Wielkiej Sali. Przy stole Gryfonów siedzieli już moi przyjaciele, których tak źle potraktowałam. Było mi strasznie głupio z tego powodu, bo nie chciałam się tak do nich zwracać. Niczym przecież nie zawinili, a chcieli pomóc. W tym momencie nie liczyło się to, czy zostałam przyjęta do drużyny, czy nie, bo najważniejszym moim priorytetem było przeproszenie bliskich mi osób.
Wzięłam głębszy wdech i ruszyłam w ich stronę. Pierwszy zauważył mnie Ryan, bo gdy coś mruknął reszta odwróciła głowy w moim kierunku. Zawahałam się. Chcieli mnie jeszcze widzieć na oczy? Alice musiała dostrzec moje zawahanie, bo zachęciła mnie ręką, abym podeszła. Znowu miała tą litość w oczach. Podchodząc do nich, usłyszałam jak Matt mówi do Alice:
- Nie patrz tak na nią, bo tego nie zniesie kolejny raz.
Yhm, chociaż jedna osoba rozumiała, jak się czuję w takim momencie. Nie dałam po sobie poznać, że to usłyszałam, więc usiadłam obok Matta. Elliott podsunął mi pod nos kiełbaski i frytki. Przez chwilę wpatrywałam się w jedzenie, po czym podniosłam głowę. Wiedziałam, że starali się na mnie nie patrzeć, ale jakoś opornie im to wychodziło.
- Chciałam was przeprosić - zaczęłam, zastanawiając się jak ubrać myśli w słowa. - Nie powinnam tak na was naskakiwać, przecież niczego nie zrobiliście, a ja i tak was za to winiłam. Przepraszam...
- Nie szkodzi - odparła Alice, kładąc mi dłoń na mojej prawej dłoni. - Rozumiemy cię.
Alice nigdy nie rozumiała Quidditcha, więc szczerze wątpiłam w to, że rozumie moją reakcję, ale nic nie powiedziałam na głos. Wymusiłam uśmiech, aby dać do zrozumienia, że doceniam ich pomoc.
- I przepraszam za ramię - zwróciłam się do Matta. Czułam się coraz mniej głupio.
- No, należy się, bo bolało - odrzekł i uśmiechnął się szeroko. - Wybaczam. - Kamień spadł mi z serca. - A teraz jedz.
Uśmiechnęłam się, tym razem szczerze. Przeprosiłam również Ryana za odepchnięcie (zrobił teatralną, urażoną minę, ale nie mógł długo tak wytrzymać, bo zaraz się uśmiechnął, tym samym mi wybaczając) i wzięłam się za jedzenie. Po skończonym posiłku siedzieliśmy jakiś czas przy stole, rozmawiając na różne tematy oprócz Quidditcha i mojego brata. Kiedy Elliott zaproponował, że chłopcy podokuczają trochę pierwszoklasistom, Ryan poderwał się z miejsca, rzucił szybkie: "Zaraz wracam." i skierował się prędko w stronę wyjścia do Wielkiej Sali.
- Ja też - dodał Elliott i pobiegł za Ryanem.
- Ryan! Elliott! - zawołała za nimi Alice. Widziałam u niej w oczach złość i pewien niepokój. - Ughh. Tylko nie to.
Wstała i rzuciła się za nimi do wyjścia. Matt wywrócił oczami i zrobił to samo. Zostałam więc z Rackel przy stole z pytającą miną.
- Ryan chciał z kimś pogadać - odparła przyjaciółka, a ja już wiedziałam, że "pogadać" znaczy mniej więcej co "pobić". Nigdy nikt się nie wcinał w to, co zamierza zrobić Ryan, więc teraz było to co najmniej dziwne, że pobiegł za nim Elliott, Alice i Matt. Czyżby Elliott chciał pomóc Ryanowi pogadać z tą osobą, a Alice i Matt pobiegli, aby ich zatrzymać? W tej chwili właśnie sobie uświadomiłam o jaką osobę chodzi. Spojrzałam na Rackel, chcąc się zapytać dla pewności, ale ledwo co zdążyłam otworzyć usta, a przyjaciółka odpowiedziała:
- Tak.
Ryan nadal miał za złe Michaelowi, że nie przyjął mnie do drużyny. Cokolwiek chciał zrobić, to Michael i tak nie zmieni swojego zdania. Choćby miał się na niego rzucić.
Wzięłam jedno ciastko i ugryzłam kawałek. Spojrzałam na swoją lewą dłoń. Nie wyglądała za dobrze. Może lepiej pójść do tego Skrzydła Szpitalnego, zanim wda się jakieś większe zakażenie?
- Chciałaś mnie z Alice zaprowadzić do Skrzydła Szpitalnego? - zapytałam, nadal oglądając swoją dłoń. Miała trzy, dość głębokie, ale nie za duże rany po paznokciach.
- Oczywiście - odpowiedziała.
- Nadal chcesz? - Spojrzałam na nią, a ona się uśmiechnęła. Pokazałam jej rękę. - To nie wygląda za dobrze.
- Bywało gorzej - rzekła Rackel.
Wstałyśmy i poszłyśmy do Skrzydła Szpitalnego.
Pani Deering, która urzędowała w Skrzydle Szpitalnym, bardzo dociekliwa kobieta, co chwilę dopytywała się skąd mam te rany, czy mi to ktoś zrobił, czy to był jakiś wypadek. Mruknęłam więc coś o wypadku na boisku i jakimś cudem dała mi spokój. Nie pierwszy raz przyjmowała mnie w Skrzydle Szpitalnym i choć często było to spowodowane Quidditchem, to czasami powód był inny.
Raz, na przykład, wdałam się w bójkę z jakąś Ślizgonką, która wówczas doprowadzała mnie do szału. Ciągłe dogadywania i komentarze, już nawet nie chciało mi się rzucać w nią kąśliwych uwag, bo ile się dało? Więc pewnego pięknego dnia na lekcji Opieki Nad Magicznymi Stworzeniami, kiedy znowu wspomniała (po raz tysięczny) na temat mojej nieczystej krwi (to w sumie nic, ale rzygać mi się chciało kiedy znowu o tym słyszałam), nie wytrzymałam i uderzyłam ją z pięści w twarz. Akurat szła tuż za mną, więc wystarczyło się obrócić i się zamachnąć. Od razu się zamknęła, a jej mina była bezcenna. Nie trwało to jednak długo, bo zanim zdążyłam się zorientować, ona mi oddała. Tak więc jej leciała krew z nosa, a ja miałam rozciętą wargę. Profesor Niven krzyknęła coś o szlabanie i kazała nam iść do Skrzydła Szpitalnego. Szlabanu jednak nie było, a Ślizgonka już się do mnie nie odezwała. Nawet już nie pamiętałam jak dziewczyna się nazywała. Miała chyba na imię Shauna, Shavonne albo Shaye. Nie wiem.
Gdy przyszłyśmy do Pokoju Wspólnego Ryana, Elliotta, Matta i Alice jeszcze nie było. Moje rany zostały odkażone, a dłoń została zawinięta w bandaż na kilka dni. Usiadłyśmy razem z Rackel na kanapie, po tym jak kazałam spływać dwóm chłopcom z pierwszej klasy i nim zaczęłam jakikolwiek temat, siostra się do mnie przyczepiła.
- Co ci się stało? - zapytała, spoglądając na moją zabandażowaną dłoń.
- A co cię to obchodzi? - odpowiedziałam oschle pytaniem na pytanie. Victoria wzruszyła ramionami.
- Dostałaś się do drużyny?
Zacisnęłam zęby. Quidditch to ostatnia rzecz o jakiej chciałabym rozmawiać. I pomyśleć, że kiedyś było całkowicie odwrotnie.
- Idź się poucz, co? - warknęłam na nią. - Albo trzymaj się zdala ode mnie.
- Nie - zaprotestowała Victoria. Była w jednym z tych humorów, przy których czuła się, że może zrobić wszystko. Na przykład zrobić mi na złość.
- Ugh... - westchnęłam.
Rackel zaczęła temat szlabanu, aby odwrócić moją uwagę od siostry. Był to całkiem dobry pomysł, bo w tej sytuacji, w której aktualnie się znajdowałam, mogłam rozmawiać nawet o swojej karze.
- Ivers kazał nam segregować książki. Było ich tak dużo, że nawet w sześć osób musieliśmy robić to przez cztery godziny. A Ivers jest nienormalny... - przerwałam, bo coś mnie ciągnęło za włosy. Odwróciłam się, a Victoria jakby nigdy nic nadal ciągnęła mnie za końcówki.
- Mam ci przywalić? - zapytałam bez ogródek. Podczas wakacji robiła to dwa razy na tydzień.
- Jak to zrobisz, to powiem panu Iversowi - odparła tylko, a ja ściągnęłam brwi. A kim on jest, żeby mu donosić? - On cię nie lubi i jak powiem mu, że mnie uderzyłaś, to da ci drugi szlaban.
- I vice versa, też go nie lubię - mruknęłam. - Zachowujesz się, jakbym cię kiedyś uderzyła, a jeszcze nigdy tego nie zrobiłam.
Victoria spojrzała na mnie, a ja zobaczyłam w jej oczach tajemniczy błysk.
- Co dzisiaj robiłaś? - zapytała Rackel, jakby to pytanie miało jakieś znaczenie.
Victoria wzruszyła ramionami.
- Bawiłam się z Jessie, a później poszłyśmy do pana Iversa.
- Po co poszłyście?
Zowu wzruszyła ramionami.
- Porozmawiać. Mówił, że mnie lubi, bo jestem grzeczna na lekcjach. I że nie lubi Evelyn, bo jest pyskata, niegrzeczna i nie ma szacunku do starszych.
- Użył słowa pyskata? - zdumiała się Rackel, a Victoria przytaknęła głową. - To tak w ogóle można?
Słuchałam z uwagą, tego co mówiła Vicky. Nie dałam Iversowi żadnego powodu, aby mnie nie lubił. Owszem, odzywałam się do niego nieco niegrzecznie, ale miałam na to uzasadnienie. Niesprawiedliwie nas osądził. Do tej pory u niego na zajęciach siedziałam cicho, bo byłam za bardzo zmęczona, aby z kimkolwiek rozmawiać. Ani razu mnie nie pytał, więc nie miałam okazji, aby dać mu powód do niechęci. A czy można kogoś nie lubić po pierwszym lepszym wrażeniu? Zaraz, ja też go nie lubię po pierwszym lepszym wrażeniu. Wycofuję pytanie.
- Co jeszcze mówił? - dopytywała się Rackel.
Znowu wzruszenie ramionami.
- Mówił, że Evelyn przypomina naszą mamę.
- Spostrzegawczy jest - prychnęłam.
- Pan Ivers? - odezwała się jakaś dziewczynka z fotela obok. Miała ciemne blond włosy zawiązane w dwa warkocze. Kiedy usłyszała kawałek naszej rozmowy, twarz jej pojaśniała.
- Tak - odrzekła Victoria. - To Jessie.
- Kiedy to mówił, to zrobił taką śmieszną minę - wykrzywiła twarz, jakby była czymś zniesmaczona. - Prawda, Vicky?
- Prawda - odparła siostra i uśmiechnęła się szeroko. Chwilę później zaczęła rozmawiać z Jessie, zapominając o naszym istnieniu.
- To nie wyglądało na śmieszną minę - zauważyła Rackel.
- Ani trochę - potwierdziłam.
To wyglądało, jakby i do mojej mamy pałał niechęcią. Ale co do tego wszystkiego miała moja mama?
W tej samej chwili przypomniała mi się kartka, którą znalazłam w książce z biblioteki. Odsunęłam na bok temat o Iversie i wyciągnęłam pogniecioną karteczkę.
- Segregując książki trafiłam na tę kartkę. Wypadła z jakiegoś badziewia, ale to, co jest na niej napisane, nie brzmi przyjaźnie. - Podałam karteczkę Rackel, a ona zaczęła czytać.
- Groźba? - zdziwiła się Rackel, podnosząc głowę do góry. - Po co ktoś miałby zostawiać kartkę z groźbą w bibliotece szkolnej?
- Nie mam pojęcia - pokręciłam głową. - Tym bardziej nie wiem, co oznaczają te inicjały.
- Ile to ma lat? - Rackel obejrzała kartkę nie omijając żadnego cala.
- Z dwadzieścia? - podsunęłam.
Przyjaciółka przygryzła wargę, wpatrując się uważnie w słowa wypisane na kartce. Już miała coś powiedzieć, kiedy do pokoju wpadli nasi towarzysze życia.
- Czyś ty już do reszty zwariował? - zapytała ze złością Alice, przekraczając próg Pokoju Wspólneg. To pytanie było skierowane z pewnością do Ryana na przedzie, który był równie zły co Alice. Kiedy Elliott opadł na siedzenie obok mnie, spojrzałam na wszystkich po kolei. Tylko Matt miał nieodgadniony wyraz twarzy.
- Z taką postawą, to już dawno powinien Cię z drużyny wyrzucić - syknęła Alice, kiedy Ryan ją ignorował. - I się nadal dziwię czemu tego nie zrobił.
- Zasłużył sobie - mruknął Ryan. Czułam jak stara się panować na swoim gniewem. Jego głos aż drżał ze wściekłości.
- To cię nie upoważnia do niczego!
- Daj już spokój, przecież nic mu nie zrobił - westchnął Elliott, wywracając oczami.
- Nie odzywaj się - warknęła na niego Alice.
Matt musiał w tym momencie zareagować.
- Alice, nic się nie stało poważnego. Użył kilku mocnych słów, ale nikogo nie pobił, to jest plus. - Opierał się o ścianę z założonymi rękami na piersi.
- Właśnie, że się stało - powiedziała ostro Alice, ale już powoli się uspokajała.
Przyglądałam się tej całej scenie. Ach, jak ja uwielbiałam, gdy się kłócili.
- Czyli co? - odezwałam się w końcu.
- Nie mam pojęcia - pokręciłam głową. - Tym bardziej nie wiem, co oznaczają te inicjały.
- Ile to ma lat? - Rackel obejrzała kartkę nie omijając żadnego cala.
- Z dwadzieścia? - podsunęłam.
Przyjaciółka przygryzła wargę, wpatrując się uważnie w słowa wypisane na kartce. Już miała coś powiedzieć, kiedy do pokoju wpadli nasi towarzysze życia.
- Czyś ty już do reszty zwariował? - zapytała ze złością Alice, przekraczając próg Pokoju Wspólneg. To pytanie było skierowane z pewnością do Ryana na przedzie, który był równie zły co Alice. Kiedy Elliott opadł na siedzenie obok mnie, spojrzałam na wszystkich po kolei. Tylko Matt miał nieodgadniony wyraz twarzy.
- Z taką postawą, to już dawno powinien Cię z drużyny wyrzucić - syknęła Alice, kiedy Ryan ją ignorował. - I się nadal dziwię czemu tego nie zrobił.
- Zasłużył sobie - mruknął Ryan. Czułam jak stara się panować na swoim gniewem. Jego głos aż drżał ze wściekłości.
- To cię nie upoważnia do niczego!
- Daj już spokój, przecież nic mu nie zrobił - westchnął Elliott, wywracając oczami.
- Nie odzywaj się - warknęła na niego Alice.
Matt musiał w tym momencie zareagować.
- Alice, nic się nie stało poważnego. Użył kilku mocnych słów, ale nikogo nie pobił, to jest plus. - Opierał się o ścianę z założonymi rękami na piersi.
- Właśnie, że się stało - powiedziała ostro Alice, ale już powoli się uspokajała.
Przyglądałam się tej całej scenie. Ach, jak ja uwielbiałam, gdy się kłócili.
- Czyli co? - odezwałam się w końcu.
- Czyli to, że wszyscy troje odeszli z drużyny - odpowiedziała Alice, zakładając ręce na piersi jak Matt.
Że co?
Że co?
- Ty chyba sobie żartujesz - wykrztusiłam, wstając z kanapy. Spojrzałam to na Ryana, to na Elliotta i na Matta. Żaden z nich nic nie powiedział na swoje usprawiedliwienie. - Czyj to był pomysł?
- Nasz - odparli równocześnie chłopcy.
- Ryana - wypaliła Alice.
Kiedy spojrzałam na Ryana, ujrzałam w jego oczach rozbawienie. Rozbawienie! To nie było zabawne! Ani trochę. Jak mogli z mojego powodu odejść z drużyny?! Powinnam ich teraz zabić. Zabić i poćwiartować.
- Nie musisz dziękować - odrzekł Ryan i oparł się o fotel, gdzie jeszcze niedawno siedziała Jessie, koleżanka Victorii. Widziałam jak unoszą się jego kąciki ust.
- Zaraz ty będziesz dziękować, jak ci przywalę - powiedziałam zirytowana. - Po co to zrobiłeś?
- No nie, ty też się wściekasz? Powinnaś się cieszyć, że...
- Że z mojego powodu odeszliście z drużyny, tak? - przerwałam mu. - Nie mam powodu, aby się z tego cieszyć. Macie wrócić do Michaela i powiedzieć, że zmieniliście zdanie i wrócicie do drużyny - zażądałam.
- Nie będziemy w żadnej drużynie bez ciebie - wtrącił Elliott. Mu też mam przywalić?
- Nigdzie nie idziemy - burknął Ryan - i przestań już się denerowować, bo będziesz mieć zmarszczki.
Zmierzyłam go wzrokiem wściekłego bazyliszka.
- W takim razie sama do niego pójdę - rzekłam i już miałam się zapytać, gdzie z nim rozmawiali, kiedy Alice od razu zdradziła mi miejsce jego pobytu.
- Wielka Sala.
Ruszyłam w stronę portretu, ale Matt zablokował mi przejście.
- Sama byś to zrobiła na naszym miejscu - powiedział i skutecznie mi tym zamknął usta. - A teraz usiądź i powiedz gdzie byłaś przez prawie cały dzień.
Zmrużyłam oczy. Owszem, zrobiłabym to samo, więc czemu się wściekałam? Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego.
Choć poprzedniego wieczoru przestałam się tak bardzo przejmować tym, że nie zostałam przyjęta do drużyny, to następnego dnia było wręcz przeciwnie. Cały ranek chodziłam naburmuszona, odzywałam się tylko, gdy mnie o coś pytali i znów miałam tą ochotę się rozpłakać, albo w coś uderzyć.
Niedziela była ponura i brzydka. Za oknem padał nieustający deszcz, silny wiatr panował na dworze, wydając z siebie długie, zimne dźwięki "Uuuuuuuhuuuuuuu!". Większość kominków starała się dać ciepło mieszkańcom zamku, ale i tak było gdzie niegdzie zimno.
- Nasz - odparli równocześnie chłopcy.
- Ryana - wypaliła Alice.
Kiedy spojrzałam na Ryana, ujrzałam w jego oczach rozbawienie. Rozbawienie! To nie było zabawne! Ani trochę. Jak mogli z mojego powodu odejść z drużyny?! Powinnam ich teraz zabić. Zabić i poćwiartować.
- Nie musisz dziękować - odrzekł Ryan i oparł się o fotel, gdzie jeszcze niedawno siedziała Jessie, koleżanka Victorii. Widziałam jak unoszą się jego kąciki ust.
- Zaraz ty będziesz dziękować, jak ci przywalę - powiedziałam zirytowana. - Po co to zrobiłeś?
- No nie, ty też się wściekasz? Powinnaś się cieszyć, że...
- Że z mojego powodu odeszliście z drużyny, tak? - przerwałam mu. - Nie mam powodu, aby się z tego cieszyć. Macie wrócić do Michaela i powiedzieć, że zmieniliście zdanie i wrócicie do drużyny - zażądałam.
- Nie będziemy w żadnej drużynie bez ciebie - wtrącił Elliott. Mu też mam przywalić?
- Nigdzie nie idziemy - burknął Ryan - i przestań już się denerowować, bo będziesz mieć zmarszczki.
Zmierzyłam go wzrokiem wściekłego bazyliszka.
- W takim razie sama do niego pójdę - rzekłam i już miałam się zapytać, gdzie z nim rozmawiali, kiedy Alice od razu zdradziła mi miejsce jego pobytu.
- Wielka Sala.
Ruszyłam w stronę portretu, ale Matt zablokował mi przejście.
- Sama byś to zrobiła na naszym miejscu - powiedział i skutecznie mi tym zamknął usta. - A teraz usiądź i powiedz gdzie byłaś przez prawie cały dzień.
Zmrużyłam oczy. Owszem, zrobiłabym to samo, więc czemu się wściekałam? Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego.
***
Choć poprzedniego wieczoru przestałam się tak bardzo przejmować tym, że nie zostałam przyjęta do drużyny, to następnego dnia było wręcz przeciwnie. Cały ranek chodziłam naburmuszona, odzywałam się tylko, gdy mnie o coś pytali i znów miałam tą ochotę się rozpłakać, albo w coś uderzyć.
Niedziela była ponura i brzydka. Za oknem padał nieustający deszcz, silny wiatr panował na dworze, wydając z siebie długie, zimne dźwięki "Uuuuuuuhuuuuuuu!". Większość kominków starała się dać ciepło mieszkańcom zamku, ale i tak było gdzie niegdzie zimno.
Kiedy przyszliśmy do Wielkiej Sali na lunch wiele osób już wiedziało, że nie zostałam przyjęta do drużyny. Jedni wręcz tryskali radością z tego powodu, a inni byli całym sercem po mojej stronie. Podchodzili do mnie i mówili, że nie zgadzają się z decyzją Michaela, albo że w tym roku nie zobaczą naszego popisowego numeru. Jeszcze nie wiedzieli, że chłopaków też nie ma w drużynie. Jeśli nie wyda się to wcześniej, niż w czasie pierwszego meczu, to jak wielkie będzie ich zaskoczenie? Gigantyczne.
Usiedliśmy przy stole, a ja od razu wzięłam się za pieczeń wołową w sosie chrzanowym. Co ja teraz będę robić ze swoim wolnym czasem?, zapytałam się w myślach. Kiedy przed moimi oczami narodził się obraz tak wielu treningów na boisku odechciało mi się jeść. Przełknęłam z trudem zmieloną zawartość ust i odsunęłam od siebie talerz. W tym czasie Rackel zapytała o reakcję Michaela, na to, że chłopcy postanowili odejść z drużyny.
- Był zaskoczony - odrzekł Matt z rozbawieniem. - Spojrzał na Ryana i zapytał się czy sobie żartuje.
- Ty chyba sobie żartujesz - naśladował Elliott mojego brata. Pięknie, to już nawet mówimy podobnie. - Gdzie ja teraz znajdę dobry skład?
- Powiedziałem mu, że jeśli Evelyn nie będzie w drużynie, to nas też nie - mruknął Ryan, złapał palcami mały kawałek mięsa i wrzucił sobie go do ust. Zawsze jadł palcami. Czasami były wyjątki, ale przeważnie jadał palcami. - To się wkur...
- Wkurzył - poprawiła go Alice.
Ryan wywrócił oczami.
- Wkurzył i powiedział, że jeśli nie chcemy być w drużynie, to znajdzie nowy skład. Matt dał mu do zrozumienia, że nie wygra ani jednego meczu z takim składem, to on się uparł, że wygra. Poszliśmy sobie wtedy.
- Zobaczymy jak wygra - prychnął Elliott. - Będzie nas jeszcze błagał, żebyśmy wrócili.
Nie, nie będzie błagał. Może co najwyżej negocjować, ale nigdy nie będzie błagać.
- Evie, co tak cicho siedzisz? - zagadnęła mnie łagodnie Alice. Wzruszyłam ramionami i upiłam łyk soku dyniowego. - Powiedz coś.
- Co mam powiedzieć? - zapytałam, spoglądając na nią. Znów widziałam ten cień litości w jej oczach.
- Trzeba dać jej pstryczka w nos, to od razu się odezwie - odparł Elliott i roześmiał się razem z Mattem i Ryanem.
- Tak? - upewnił się Ryan z rozbawieniem. Nachylił się i już chciał mi pstryknąć palcami w nos, kiedy odsunęłam jego rękę.
- Precz mi z tymi, tłustymi łapami - burknęłam, a chłopcy znowu wybuchli śmiechem.
- Jaka wygadana - skomentowała to Rackel rozchichotana.
Wywróciłam oczami.
- Idę do łazienki - westchnął Matt i wstał.
- Ja też muszę - dodał Elliott i oboje skierowali się do wyjścia z Wielkiej Sali.
Ryan wytarł ręce o szatę (Alice jęknęła na ten widok) i wypił duszkiem sok dyniowy. Przez chwilę rozglądał się po sali, a kiedy zauważył jakąś ładną dziewczynę to i on również nas opuścił. Zostałyśmy same.
Czasami zastanawiałam się jak to jest być w skórze Ryana. Jest przystojny, niemalże każdej się podoba i nie ma problemów w zdobywaniu dziewczyny. Z poczuciem humoru, jakimś procentem charyzmy i inteligencji. Łatwo nawiązuje nowe znajomości. Jedynym minusem jest to, że dużo ludzi go wkurza i każdego z tej części chce pobić. Ciekawa byłam, czy jeśli byłabym w jego ciele, to w jakim stopniu ludzie by mnie denerwowali? Interesujące wręcz.
- Rackel mi mówiła, to co opowiadała wam Victoria wczoraj wieczorem - zwróciła się do mnie Alice. - Myślę, że jest to co najmniej dziwne i nie na miejscu, aby nauczyciel używał takiego słowa jak pyskata, opisując uczennicę.
- Też go nie lubię - mruknęłam, podpierając głowę na ręce. - Z resztą, niech sobie mówi co chce, mnie to nawet nie obchodzi. Chętnie bym do niego poszła i powiedziała co ja o nim sądzę...
- Ani o tym nie myśl!
- ...ale mi się nie chce - dokończyłam i przypomniałam sobie o kartce znalezionej w książce z biblioteki. Wczoraj, zanim Rackel poszła spać, to oddała mi świstek i schowałam go tam, gdzie wcześniej. Wsunęłam dłoń do kieszeni i złapałam pognieciony skrawek papieru.
- Wczoraj, podczas szlabanu w bibliotece, znalazłam w jakiejś książce to - wręczyłam Alice karteczkę. - To znaczy, wypadło z książki. Czy to normalne, jak ktoś pisze groźby na kartce i zostawia ją w książce z biblioteki?
Alice szybko przeczytała zdanie napisane na karteczce. Szacunek! Ja musiałam kilka razy czytać, żeby się rozczytać. Zmarszczyła czoło, wpatrując się chwilę w słowa wypisane na świstku.
Usiedliśmy przy stole, a ja od razu wzięłam się za pieczeń wołową w sosie chrzanowym. Co ja teraz będę robić ze swoim wolnym czasem?, zapytałam się w myślach. Kiedy przed moimi oczami narodził się obraz tak wielu treningów na boisku odechciało mi się jeść. Przełknęłam z trudem zmieloną zawartość ust i odsunęłam od siebie talerz. W tym czasie Rackel zapytała o reakcję Michaela, na to, że chłopcy postanowili odejść z drużyny.
- Był zaskoczony - odrzekł Matt z rozbawieniem. - Spojrzał na Ryana i zapytał się czy sobie żartuje.
- Ty chyba sobie żartujesz - naśladował Elliott mojego brata. Pięknie, to już nawet mówimy podobnie. - Gdzie ja teraz znajdę dobry skład?
- Powiedziałem mu, że jeśli Evelyn nie będzie w drużynie, to nas też nie - mruknął Ryan, złapał palcami mały kawałek mięsa i wrzucił sobie go do ust. Zawsze jadł palcami. Czasami były wyjątki, ale przeważnie jadał palcami. - To się wkur...
- Wkurzył - poprawiła go Alice.
Ryan wywrócił oczami.
- Wkurzył i powiedział, że jeśli nie chcemy być w drużynie, to znajdzie nowy skład. Matt dał mu do zrozumienia, że nie wygra ani jednego meczu z takim składem, to on się uparł, że wygra. Poszliśmy sobie wtedy.
- Zobaczymy jak wygra - prychnął Elliott. - Będzie nas jeszcze błagał, żebyśmy wrócili.
Nie, nie będzie błagał. Może co najwyżej negocjować, ale nigdy nie będzie błagać.
- Evie, co tak cicho siedzisz? - zagadnęła mnie łagodnie Alice. Wzruszyłam ramionami i upiłam łyk soku dyniowego. - Powiedz coś.
- Co mam powiedzieć? - zapytałam, spoglądając na nią. Znów widziałam ten cień litości w jej oczach.
- Trzeba dać jej pstryczka w nos, to od razu się odezwie - odparł Elliott i roześmiał się razem z Mattem i Ryanem.
- Tak? - upewnił się Ryan z rozbawieniem. Nachylił się i już chciał mi pstryknąć palcami w nos, kiedy odsunęłam jego rękę.
- Precz mi z tymi, tłustymi łapami - burknęłam, a chłopcy znowu wybuchli śmiechem.
- Jaka wygadana - skomentowała to Rackel rozchichotana.
Wywróciłam oczami.
- Idę do łazienki - westchnął Matt i wstał.
- Ja też muszę - dodał Elliott i oboje skierowali się do wyjścia z Wielkiej Sali.
Ryan wytarł ręce o szatę (Alice jęknęła na ten widok) i wypił duszkiem sok dyniowy. Przez chwilę rozglądał się po sali, a kiedy zauważył jakąś ładną dziewczynę to i on również nas opuścił. Zostałyśmy same.
Czasami zastanawiałam się jak to jest być w skórze Ryana. Jest przystojny, niemalże każdej się podoba i nie ma problemów w zdobywaniu dziewczyny. Z poczuciem humoru, jakimś procentem charyzmy i inteligencji. Łatwo nawiązuje nowe znajomości. Jedynym minusem jest to, że dużo ludzi go wkurza i każdego z tej części chce pobić. Ciekawa byłam, czy jeśli byłabym w jego ciele, to w jakim stopniu ludzie by mnie denerwowali? Interesujące wręcz.
- Rackel mi mówiła, to co opowiadała wam Victoria wczoraj wieczorem - zwróciła się do mnie Alice. - Myślę, że jest to co najmniej dziwne i nie na miejscu, aby nauczyciel używał takiego słowa jak pyskata, opisując uczennicę.
- Też go nie lubię - mruknęłam, podpierając głowę na ręce. - Z resztą, niech sobie mówi co chce, mnie to nawet nie obchodzi. Chętnie bym do niego poszła i powiedziała co ja o nim sądzę...
- Ani o tym nie myśl!
- ...ale mi się nie chce - dokończyłam i przypomniałam sobie o kartce znalezionej w książce z biblioteki. Wczoraj, zanim Rackel poszła spać, to oddała mi świstek i schowałam go tam, gdzie wcześniej. Wsunęłam dłoń do kieszeni i złapałam pognieciony skrawek papieru.
- Wczoraj, podczas szlabanu w bibliotece, znalazłam w jakiejś książce to - wręczyłam Alice karteczkę. - To znaczy, wypadło z książki. Czy to normalne, jak ktoś pisze groźby na kartce i zostawia ją w książce z biblioteki?
Alice szybko przeczytała zdanie napisane na karteczce. Szacunek! Ja musiałam kilka razy czytać, żeby się rozczytać. Zmarszczyła czoło, wpatrując się chwilę w słowa wypisane na świstku.
- Anormatywność - orzekła Alice.
- Hę? - zapytałam z wielkim znakiem zapytania na twarzy.
- Anormatywność, to inaczej nienormalność. Czyli, że nie jest to normalne wyjaśniła przyjaciółka.
- Wiem co to jest nienormalność.
- Pamiętaj, że każdy twój zły uczynek, będzie miał swoją karę... - przeczytała jeszcze raz Alice. - Kim jest ta Te?
Wzruszyłam ramionami.
- Może być wiele imion na literę te. Ale po co ktoś to zostawił w książce z biblioteki? Czy aby przypadkiem gróźb nie wysyła się bezpośrednio do danej adresata?
- Być może adresat, a raczej adresatka, przeczytała tę groźbę - odrzekła Alice. Rackel przysłuchiwała się rozmowie. Co chwilę otwierała usta, aby coś powiedzieć, ale zaraz je zamykała.
- Albooo, to transwestyta, który zmienił płeć! - podsunęłam, a Rackel wybuchła śmiechem. Alice wywróciła oczami z rozbawieniem na twarzy,
- Tak, oczywiście.
W pewnej chwili Rackel zaczęła popiskiwać i potrząsać ramieniem Alice. Kiedy spojrzałyśmy na Rackel, ta wskazała dyskretnie kogoś, albo coś przy wejściu do Wielkiej Sali. Odwróciłyśmy się w tamtą stronę. Najpierw zobaczyłam Ryana, jak flirtuje z pewną blondynką, a później chłopaka, którego wskazywała Rackel. Był może rok starszy od nas, ciemny blondyn i w sumie narcyz. Włosy miał niedbale ułożone, tak, że kosmyki sterczały na wszystkie strony. Szedł w naszą stronę z rękami w kieszeni jeansów i spoglądał na wszystkie dziewczyny, siedzące w Wielkiej Sali. Te zaś obserwowały go z zachwytem, jakby był jakimś bogiem.
- To jest Paul Mills - szepnęła Rackel z podekscytowaniem i iskierkami w oczach. O nie, tylko nie to.
Gdy moje przyjaciółki zakochiwały się w kimś, albo nawet były zauroczone jakimś chłopakiem, to wtedy ja najbardziej cierpiałam. Nie było takiej chwili, w której nie rozmawiały o obiekcie ich zauroczenia. Jakie on ma cudne oczy! Boże, ten uśmiech! Idealny przystojniak! I inne takie. Doprowadzało mnie to do szału. Nie byłam zazdrosna, ani nic w tym stylu, ale ile razy można słuchać, że ktoś tam ma ładne niebieskie oczy, czy zniewalający uśmiech? I szczerze, wolałam siedzieć wówczas z chłopakami i rozmawiać o obrzydliwych (w mniemaniu Alice) rzeczach, niż rozczulać się nad jakimś chłopakiem.
Teraz, gdy obserwowałam Rackel, bałam się najgorszego. Gadania o tym jednym chłopaku. O niebiosa, ratujcie mnie przed tym!
- On tu do nas idzie! - zapiszczała Rackel do ucha Alice, ale w rzeczywistości chłopak nas minął i usiadł obok Linsday Wright, dziewczyny o oczach łani (ale była wredna), której podobał się mój brat.
- Chyba jednak nie - odrzekłam, szczerząc zęby. Dzięki wam bogowie!
Temat z tajemniczą karteczką poszedł w zapomnienie, kiedy Rackel zaczęła z nutą złości mówić o tym, że nie powinnam się cieszyć, iż ten chłopak (jak on miał na imię?) przeszedł obok nas. Słuchając bardzo uważnie Rackel schowałam kartkę z powrotem do kieszeni. Kiwałam głową w geście zrozumienia, ale tak naprawdę nie wiele rozumiałam z tego co mówiła. Ten JakMuTam był arcypiękny, nadziemski, urzekający, doskonały, przecudowny... przestałam słuchać.
- Piękny, prawda? - zapytała Rackel, po raz któryś z rzędu, zerkając na tego chłopaka obok Linsday.
- Chłopak może być przystojny, jak już - wtrąciłam, próbując wyryć paznokciem w drewnie prostą linię. To z nudów, tłumaczyłam sobie.
- Nie znasz się - zganiła mnie Alice, która chyba też miała tą wadę genetyczną, zwaną Chłopakus Zauroczus. O Jezuuu...
Kiedy postanowiłam się zmyć i poszukać Matta i Elliotta, zostałam niestety zauważona przez Rackel, która jeszcze nie skończyła opowiadać o tym JakMuTam.
- Evelyn! Gdzie idziesz? Jeszcze nie skończyłam. Dlaczego ty tak nie lubisz chłopaków? - Dosypali jej czegoś do tego soku dyniowego?
- Ja bardzo lubię chłopaków. Gdybym nie lubiła, to nie przyjaźniłabym się z tymi debilami - odrzekłam i wyszczerzyłam zęby.
- Oh, nie w takim sensie - powiedziała Alice. - Chodzi o to, czemu ci się żaden nie podoba?
- Bo jestem homo - odparłam i parsknęłam śmiechem na widok niezdecydowanej miny Rackel. - Tak szczerze, to mi się podobają chłopcy, oczywiście. Bezzębni, łysi, śmierdzący... To brzmi uroczo, prawda? - Zrobiłam rozmarzoną minę.
- Pytam poważnie - burknęła Rackel.
- No lubię chłopaków - odpowiedziałam w końcu.
- Jakich?
Wzruszyłam ramionami. To jeszcze nie czas i pora, żeby podkochiwać się w chłopakach.
- Są przystojni chłopcy, ale jakoś mnie do nich nie ciągnie - mruknęłam. Jak ja nienawidziłam być zmuszana do mówienia takich rzeczy. O Merlinie.
- Na przykład? - dopytywała się Rackel. Błagam, Matt albo Elliott, wracajcie.
- No... - Szczerze? To nie zastanawiałam się nad tym, który chłopak jest przystojny. Po co mi to, jak i tak za chłopakami nie szaleję? Ale muszę przecież coś wymyślić, bo się nie odczepią. - No... - Zobaczyłam jak Jacob, kumpel Michaela, wstaje od stołu Krukonów i zmierza w stronę Wielkiej Sali. Przypomniałam sobie, że jak byłam w drugiej klasie, to nawet byłam nim oczarowana.
- No? - ponaglały mnie.
- Jacob - wypaliłam. - Ten Jacob. - Wskazałam głową na Jacoba, który właśnie coś do kogoś wołał.
Alice i Rackel spojrzały w tamtą stronę. Też tam spojrzałam. Był przystojny, owszem, ale nie w moim typie. Ale w końcu musiałam coś powiedzieć. Kiedy Jacob mnie zobaczył uśmiechnął się szeroko i mi pomachał, idąc dalej. Odmachałam i zerknęłam na przyjaciółki.
- I...?
- No nie wiem... Matt? Ryan?
- Ale... - zaczęła Rackel.
- To też chłopcy - przerwałam jej i wyszczerzyłam zęby. Gdy ktoś mnie zawołał po imieniu odwróciłam się natychmiast. O wilku mowa. Matt, dzięki ci! Mogę się stąd wyrwać.
- A właśnie, zapomniałam pokazać coś chłopakom - rzuciłam pospiesznie i wstałam. - Cześć chłopcy! - zawołałam do Elliotta i Matta. - Idziecie ze mną - powiedziałam cicho kiedy do nich podeszłam. Popchnęłam ich lekko w stronę wyjścia.
- O co chodzi? - zapytał Elliott.
- Gadają o jakimś chłopaku, który jest hiper, mega uroczy i słodki. Ble! Rzygać mi się chce - wyjaśniłam.
Matt się roześmiał. Zawsze go to bawiło. Nie do końca wiedziałam dlaczego.
Poszliśmy do Pokoju Wspólnego, gdyż to było jedynie miejsce, w którym mogliśmy siedzieć. Za oknem nadal szalał deszcz i wiatr, więc wyjście na błonia byłoby głupie. Elliott wygonił jakieś dzieci z kanapy i usiedliśmy przed kominkiem.
- Ryan przystawiał się do jakejś dziewczyny na korytarzu - mruknął Elliott.
- To była Grace Cotterill - odparł Matt.
- A ty skąd wiesz jak ma na imię? - zapytał Elliott.
- Kiedyś rozmawialiśmy na korytarzu.
Tak się złożyło, że kiedyś widziałam tą ich rozmowę. Roześmiałam się na samo wspomnienie tego momentu. Grace miała inne plany dotyczące Matta niż zwykła rozmowa. Ona po prostu się na niego pchała, a to było dosyć komiczne. Trzepotała rzęsami, uśmiechała się uwodzicielsko, próbowała flirtować. Prawie sikałam ze śmiechu, gdy to widziałam. To było piękne. Matt raczej nie był nią zainteresowany, ale jak na niego przystało był miły dla Grace i ciężko mu było powiedzieć do dziewczyny, żeby się od niego odczepiła. Żeby wyrwać go z jej macek (akurat Grace chyba chciała go pocałować) podeszłam skocznie do nich, jakby nigdy nic. W oczach miałam jeszcze łzy, które pojawiły się, gdy skręcałam się ze śmiechu. Powiedziałam coś, że potrzebuję jej kochanka na jakiś czas i muszę go ukraść. Matt miał gwarantowany spokój przez kilka godzin.
- Chcesz, to Matt może cię z nią zapoznać - zaproponowałam, a kiedy Matt spiorunował mnie wzrokiem, parsknęłam śmichem.
Grace nie mogła się od niego odczepić dobre kilka tygodni, ale kiedy Zielonooki umówił się z nią w Hogsmeade całkowicie zapomniała o Matcie.
- No co? Przecież już ci głowy nie zawraca - wytłumaczyłam swój pomysł.
- Nie, dzięki, jeszcze się znowu uczepi - mruknął Matt, a ja znowu wybuchłam śmiechem. Nie wiem dlaczego mnie to tak śmieszyło.
- Powinieneś nauczyć się odmawiać - odparłam, szczerząc zęby.
- Tak, powinienem się uczyć od ciebie.
Znowu się roześmiałam, wyobrażając sobie Grace przystawiającą się do Matta.
Elliott przez tą chwilę zdążył wdać się w rozmowę z Zielonookim, który znikąd się nagle pojawił. Przez moment z Mattem obserwowaliśmy się nawzajem. Mało fascynujące zajęcie, bo znałam jego twarz prawie na pamięć. Jak to dziewczyny mówiły. Idealne rysy twarzy, idealne oczy, idealny nos, idealne usta. Dla niektórych dziewczyn, to w ogóle większość chłopców była idealna (czy to normalne?). Ja tak nie postrzegałam Matta.
Może to dlatego, że od pierwszej klasy się z nim przyjaźniłam i dlatego nie patrzyłam na niego jak na chłopaka, tylko na przyjaciela. Idealny nie był. Jak każdy miał swoje wady i zalety. Na przykład do wad zalicza się śmieszne marszczenie czoła, bliznę na ramieniu (fuj!), którą nabył podczas meczu Quidditcha, czy małe uszy. Jednak za to wszystko nadrabiał oczami, ustami, rysami twarzy (przynajmniej nie miał takich rys twarzy, jak niektóre zjeby genetyczne, czyt. Perez) i włosy. Jego oczy, to była po prostu otchłań ciemności, która może każdego pochłonąć i nie wypuścić (poważnie. Raz tak się w te oczy wpatrzyłam, że później miałam durnowate sny z czarną przepaścią i jakimiś dziwnymi stworami, które chciały mnie zaciągnąć do tej ciemnej czeluści strachu). Ale to była zaleta, te oczy. Ciemnobrązowe, niemalże czarne, patrzące na świat z lekkim rozbawieniem i nieufnością. Usta też miał miłe dla oka. A jego włosy tworzyły prawdziwą burzę. Gęste i czarne niczym węgiel... Nadal patrzyłam na niego jak na przyjaciela, nie umiałam inaczej.
Inne dziewczyny wciąż twierdziły, że Matt to ideał, nawet z charakteru. Tu się mocno nie zgodzę. Matt nie jest wcale taki fajny jak się wydaje. Złośliwy, chamski, lizus, niepoważny, głupi, łamiący zasady (tak nie wolno! OK, sama to robię, tego nie było). Dobra, przesadziłam trochę. W rzeczywistości jest bardzo złośliwy, czasami chamski i bezczelny wręcz, a to zastępuje całą resztę. Jednak ma też swoje dobre strony. Jego zaletą jest cierpliwość. Trzyma język za zębami, gdy ja, na przykład, mówię pełno rzeczy, których nie powinnam. Łagodny jak sarna w porównaniu do Ryana. Odważny też jest, razem z Elliottem, gdyby nie był, to by nie wysadzili razem sedesu (chociaż zastanawiam się, czy nie kierowała nimi wtedy głupota). Sprytny też jest, na swój sposób. No, ale żeby nie widzieć tego jaki on jest złośliwy?! Te dziewczyny naprawdę są ślepe.
- Evelyn, jak tam Rackel? - zapytał się Zielonooki, spoglądając na mnie spod tych swoich gęstych i długich rzęs.
- Właśnie dzisiaj znalazła sobie nowy obiekt do westchnień - odparłam i dodałam, zanim Zielonooki zdążył zapytać: - Chłopak z piątej klasy z Ravenclawu.
- To ten ciemny blondyn?
Pokiwałam głową.
- Aha. - Wyglądał na co najmniej zaskoczonego. Pewnie myślał, że tak zauroczył Rackel, iż żaden chłopak nie zrobi tego ponownie. Ach, jak bardzo się mylił, dlatego też zmienił temat. - Tak w ogóle, Michael dzisiaj przyszedł porozmawiać ze mną. Chciał mnie zwerbować do drużyny.
- I co? - zapytał Matt. - Zgodziłeś się?
- Nie - odrzekł Zielonooki i powrócił wzrokiem do mnie. Miał lekki grymas na twarzy, jak odpowiadał Mattowi. - Bez was nie mamy żadnych szans. Poza tym, jestem teraz zainteresowany całkowicie czymś innym. - Przy "was" zawahał się na moment. Miałam wrażenie, że nie lubi Matta i próbuje mi się podlizać. Ja jeszcze nie zapomniałam, jak chciał zająć miejsce Matta, zanim Michael ogłosił wyniki.
- To się zajmij tym czymś innym - powiedziałam, mało ciekawa tego, co tam będzie sobie robił.
- A wiesz może, czy Rackel coś o mnie mówiła?
- No nie, nie mogę. Idę sobie, zanim zaczniesz mówić jaka ona piękna i urocza. Znam te wszystkie przymiotniki na pamięć - mruknęłam, wstałam i poszłam do dormitorium.
Byłam mocno zaskoczona tym, kogo zastałam na swoim łóżku. A któżby inny to był, jak nie Victoria? Siedziała sobie po turecku jakby nigdy nic i ćwiczyła wymachiwanie różdżką. Gdy mnie zobaczyła uśmiechnęła się dziwnie.
- Co ty tu robisz? - zapytałam tym samym tonem, jakim wyganiałam ją z mojego pokoju podczas wakacji. - Złaź mi z tego łóżka.
- W moim dormitorium dziewczyny rozmawiają o tym chłopaku, z którym się kolegujesz, a ja nie mam ochoty o nim rozmawiać, bo jest głupi.
- Z którym? - zapytałam. - Won mi z łóżka.
Zsunęła się na podłogę i stanęła obok kolumienki.
- Z tym, co mi kiedyś kazał powiedzieć, żebyś zeszła do Pokoju Wspólnego - odrzekła.
- Aaa, Ryan. I słusznie, bo jest głupi.
- Chyba wiem, dlaczego nie zostałaś przyjęta do drużyny - zaczęła, ale jej natychmiast przerwałam.
- Nie chcę o tym rozmawiać.
Ale Victoria to zignorowała.
- Pan Ivers powiedział, że jesteś słaba, dlatego nie jesteś w drużynie.
Zacisnęłam zęby. Nie widział mojej gry, więc jakim prawem tak twierdził?
- Mówił też, że jeśli będziesz nadal taka arogancka, to ten twój uśmieszek niedługo zniknie z twojej twarzy.
Że co? Kiedy ja przy nim byłam arogancka? Takie pogróżki, to może sobie głęboko w dupę wsadzić. Nikt nie będzie mi groził.
- Tak ci kazał powiedzieć?
- Nie, po prostu ci to powiedziałam - wzruszyła ramionami i wyciągnęła żelka z kieszeni szaty. Ugryzła kawałek i spojrzała na mnie. - Ja też myślę, że jesteś słaba.
- A ty jesteś głupia, bo Ivers robi ci wodę z mózgu. O ile go w ogóle masz - mruknęłam i oparłam się o kolumienkę przy łóżku Alice. - Przyznaj się, ile razy byłaś u niego przez ten cały czas, który jesteśmy w szkole?
Victoria wzruszyła ramionami.
- Dużo.
- Co ci jeszcze o mnie naopowiadał?
- Że jesteś idiotką. A nie, sorry, ale ja to powiedziałam.
Spiorunowałam ją wzrokiem, ale nie zrobiło to na niej żadnego wrażenia.
- Chora jesteś - skwitowałam to krótko. - Póki nie zaczęłaś rozmawiać z Iversem byłaś w miarę normalna. Słyszałam, że ukradłaś komuś jakiś wisiorek.
- To dla pana Iversa - odrzekła spokojnie Victoria, żując czerwonego żelka.
- Co proszę? - zdumiałam się. - Czy ty dobrze się czujesz? Kradniesz dla jakiegoś chorego typa?
- To ty jesteś chora. Pan Ivers jest bardzo fajny.
- Tak, szczególnie wtedy, kiedy każe ci kraść. Naprawdę bardzo fajny, a ty naprawdę bardzo mądra.
- Naprawdę? - Chyba nie zrozumiała sarkazmu.
- Nie, jesteś naprawdę bezmózgiem. A teraz wyjdź mi z pokoju.
Victoria spojrzała na mnie jadowicie, odwróciła się napięcie i wyszła. Ten wzrok był całkiem jak Iversa. Co on jej robi?
- Hę? - zapytałam z wielkim znakiem zapytania na twarzy.
- Anormatywność, to inaczej nienormalność. Czyli, że nie jest to normalne wyjaśniła przyjaciółka.
- Wiem co to jest nienormalność.
- Pamiętaj, że każdy twój zły uczynek, będzie miał swoją karę... - przeczytała jeszcze raz Alice. - Kim jest ta Te?
Wzruszyłam ramionami.
- Może być wiele imion na literę te. Ale po co ktoś to zostawił w książce z biblioteki? Czy aby przypadkiem gróźb nie wysyła się bezpośrednio do danej adresata?
- Być może adresat, a raczej adresatka, przeczytała tę groźbę - odrzekła Alice. Rackel przysłuchiwała się rozmowie. Co chwilę otwierała usta, aby coś powiedzieć, ale zaraz je zamykała.
- Albooo, to transwestyta, który zmienił płeć! - podsunęłam, a Rackel wybuchła śmiechem. Alice wywróciła oczami z rozbawieniem na twarzy,
- Tak, oczywiście.
W pewnej chwili Rackel zaczęła popiskiwać i potrząsać ramieniem Alice. Kiedy spojrzałyśmy na Rackel, ta wskazała dyskretnie kogoś, albo coś przy wejściu do Wielkiej Sali. Odwróciłyśmy się w tamtą stronę. Najpierw zobaczyłam Ryana, jak flirtuje z pewną blondynką, a później chłopaka, którego wskazywała Rackel. Był może rok starszy od nas, ciemny blondyn i w sumie narcyz. Włosy miał niedbale ułożone, tak, że kosmyki sterczały na wszystkie strony. Szedł w naszą stronę z rękami w kieszeni jeansów i spoglądał na wszystkie dziewczyny, siedzące w Wielkiej Sali. Te zaś obserwowały go z zachwytem, jakby był jakimś bogiem.
- To jest Paul Mills - szepnęła Rackel z podekscytowaniem i iskierkami w oczach. O nie, tylko nie to.
Gdy moje przyjaciółki zakochiwały się w kimś, albo nawet były zauroczone jakimś chłopakiem, to wtedy ja najbardziej cierpiałam. Nie było takiej chwili, w której nie rozmawiały o obiekcie ich zauroczenia. Jakie on ma cudne oczy! Boże, ten uśmiech! Idealny przystojniak! I inne takie. Doprowadzało mnie to do szału. Nie byłam zazdrosna, ani nic w tym stylu, ale ile razy można słuchać, że ktoś tam ma ładne niebieskie oczy, czy zniewalający uśmiech? I szczerze, wolałam siedzieć wówczas z chłopakami i rozmawiać o obrzydliwych (w mniemaniu Alice) rzeczach, niż rozczulać się nad jakimś chłopakiem.
Teraz, gdy obserwowałam Rackel, bałam się najgorszego. Gadania o tym jednym chłopaku. O niebiosa, ratujcie mnie przed tym!
- On tu do nas idzie! - zapiszczała Rackel do ucha Alice, ale w rzeczywistości chłopak nas minął i usiadł obok Linsday Wright, dziewczyny o oczach łani (ale była wredna), której podobał się mój brat.
- Chyba jednak nie - odrzekłam, szczerząc zęby. Dzięki wam bogowie!
Temat z tajemniczą karteczką poszedł w zapomnienie, kiedy Rackel zaczęła z nutą złości mówić o tym, że nie powinnam się cieszyć, iż ten chłopak (jak on miał na imię?) przeszedł obok nas. Słuchając bardzo uważnie Rackel schowałam kartkę z powrotem do kieszeni. Kiwałam głową w geście zrozumienia, ale tak naprawdę nie wiele rozumiałam z tego co mówiła. Ten JakMuTam był arcypiękny, nadziemski, urzekający, doskonały, przecudowny... przestałam słuchać.
- Piękny, prawda? - zapytała Rackel, po raz któryś z rzędu, zerkając na tego chłopaka obok Linsday.
- Chłopak może być przystojny, jak już - wtrąciłam, próbując wyryć paznokciem w drewnie prostą linię. To z nudów, tłumaczyłam sobie.
- Nie znasz się - zganiła mnie Alice, która chyba też miała tą wadę genetyczną, zwaną Chłopakus Zauroczus. O Jezuuu...
Kiedy postanowiłam się zmyć i poszukać Matta i Elliotta, zostałam niestety zauważona przez Rackel, która jeszcze nie skończyła opowiadać o tym JakMuTam.
- Evelyn! Gdzie idziesz? Jeszcze nie skończyłam. Dlaczego ty tak nie lubisz chłopaków? - Dosypali jej czegoś do tego soku dyniowego?
- Ja bardzo lubię chłopaków. Gdybym nie lubiła, to nie przyjaźniłabym się z tymi debilami - odrzekłam i wyszczerzyłam zęby.
- Oh, nie w takim sensie - powiedziała Alice. - Chodzi o to, czemu ci się żaden nie podoba?
- Bo jestem homo - odparłam i parsknęłam śmiechem na widok niezdecydowanej miny Rackel. - Tak szczerze, to mi się podobają chłopcy, oczywiście. Bezzębni, łysi, śmierdzący... To brzmi uroczo, prawda? - Zrobiłam rozmarzoną minę.
- Pytam poważnie - burknęła Rackel.
- No lubię chłopaków - odpowiedziałam w końcu.
- Jakich?
Wzruszyłam ramionami. To jeszcze nie czas i pora, żeby podkochiwać się w chłopakach.
- Są przystojni chłopcy, ale jakoś mnie do nich nie ciągnie - mruknęłam. Jak ja nienawidziłam być zmuszana do mówienia takich rzeczy. O Merlinie.
- Na przykład? - dopytywała się Rackel. Błagam, Matt albo Elliott, wracajcie.
- No... - Szczerze? To nie zastanawiałam się nad tym, który chłopak jest przystojny. Po co mi to, jak i tak za chłopakami nie szaleję? Ale muszę przecież coś wymyślić, bo się nie odczepią. - No... - Zobaczyłam jak Jacob, kumpel Michaela, wstaje od stołu Krukonów i zmierza w stronę Wielkiej Sali. Przypomniałam sobie, że jak byłam w drugiej klasie, to nawet byłam nim oczarowana.
- No? - ponaglały mnie.
- Jacob - wypaliłam. - Ten Jacob. - Wskazałam głową na Jacoba, który właśnie coś do kogoś wołał.
Alice i Rackel spojrzały w tamtą stronę. Też tam spojrzałam. Był przystojny, owszem, ale nie w moim typie. Ale w końcu musiałam coś powiedzieć. Kiedy Jacob mnie zobaczył uśmiechnął się szeroko i mi pomachał, idąc dalej. Odmachałam i zerknęłam na przyjaciółki.
- I...?
- No nie wiem... Matt? Ryan?
- Ale... - zaczęła Rackel.
- To też chłopcy - przerwałam jej i wyszczerzyłam zęby. Gdy ktoś mnie zawołał po imieniu odwróciłam się natychmiast. O wilku mowa. Matt, dzięki ci! Mogę się stąd wyrwać.
- A właśnie, zapomniałam pokazać coś chłopakom - rzuciłam pospiesznie i wstałam. - Cześć chłopcy! - zawołałam do Elliotta i Matta. - Idziecie ze mną - powiedziałam cicho kiedy do nich podeszłam. Popchnęłam ich lekko w stronę wyjścia.
- O co chodzi? - zapytał Elliott.
- Gadają o jakimś chłopaku, który jest hiper, mega uroczy i słodki. Ble! Rzygać mi się chce - wyjaśniłam.
Matt się roześmiał. Zawsze go to bawiło. Nie do końca wiedziałam dlaczego.
Poszliśmy do Pokoju Wspólnego, gdyż to było jedynie miejsce, w którym mogliśmy siedzieć. Za oknem nadal szalał deszcz i wiatr, więc wyjście na błonia byłoby głupie. Elliott wygonił jakieś dzieci z kanapy i usiedliśmy przed kominkiem.
- Ryan przystawiał się do jakejś dziewczyny na korytarzu - mruknął Elliott.
- To była Grace Cotterill - odparł Matt.
- A ty skąd wiesz jak ma na imię? - zapytał Elliott.
- Kiedyś rozmawialiśmy na korytarzu.
Tak się złożyło, że kiedyś widziałam tą ich rozmowę. Roześmiałam się na samo wspomnienie tego momentu. Grace miała inne plany dotyczące Matta niż zwykła rozmowa. Ona po prostu się na niego pchała, a to było dosyć komiczne. Trzepotała rzęsami, uśmiechała się uwodzicielsko, próbowała flirtować. Prawie sikałam ze śmiechu, gdy to widziałam. To było piękne. Matt raczej nie był nią zainteresowany, ale jak na niego przystało był miły dla Grace i ciężko mu było powiedzieć do dziewczyny, żeby się od niego odczepiła. Żeby wyrwać go z jej macek (akurat Grace chyba chciała go pocałować) podeszłam skocznie do nich, jakby nigdy nic. W oczach miałam jeszcze łzy, które pojawiły się, gdy skręcałam się ze śmiechu. Powiedziałam coś, że potrzebuję jej kochanka na jakiś czas i muszę go ukraść. Matt miał gwarantowany spokój przez kilka godzin.
- Chcesz, to Matt może cię z nią zapoznać - zaproponowałam, a kiedy Matt spiorunował mnie wzrokiem, parsknęłam śmichem.
Grace nie mogła się od niego odczepić dobre kilka tygodni, ale kiedy Zielonooki umówił się z nią w Hogsmeade całkowicie zapomniała o Matcie.
- No co? Przecież już ci głowy nie zawraca - wytłumaczyłam swój pomysł.
- Nie, dzięki, jeszcze się znowu uczepi - mruknął Matt, a ja znowu wybuchłam śmiechem. Nie wiem dlaczego mnie to tak śmieszyło.
- Powinieneś nauczyć się odmawiać - odparłam, szczerząc zęby.
- Tak, powinienem się uczyć od ciebie.
Znowu się roześmiałam, wyobrażając sobie Grace przystawiającą się do Matta.
Elliott przez tą chwilę zdążył wdać się w rozmowę z Zielonookim, który znikąd się nagle pojawił. Przez moment z Mattem obserwowaliśmy się nawzajem. Mało fascynujące zajęcie, bo znałam jego twarz prawie na pamięć. Jak to dziewczyny mówiły. Idealne rysy twarzy, idealne oczy, idealny nos, idealne usta. Dla niektórych dziewczyn, to w ogóle większość chłopców była idealna (czy to normalne?). Ja tak nie postrzegałam Matta.
Może to dlatego, że od pierwszej klasy się z nim przyjaźniłam i dlatego nie patrzyłam na niego jak na chłopaka, tylko na przyjaciela. Idealny nie był. Jak każdy miał swoje wady i zalety. Na przykład do wad zalicza się śmieszne marszczenie czoła, bliznę na ramieniu (fuj!), którą nabył podczas meczu Quidditcha, czy małe uszy. Jednak za to wszystko nadrabiał oczami, ustami, rysami twarzy (przynajmniej nie miał takich rys twarzy, jak niektóre zjeby genetyczne, czyt. Perez) i włosy. Jego oczy, to była po prostu otchłań ciemności, która może każdego pochłonąć i nie wypuścić (poważnie. Raz tak się w te oczy wpatrzyłam, że później miałam durnowate sny z czarną przepaścią i jakimiś dziwnymi stworami, które chciały mnie zaciągnąć do tej ciemnej czeluści strachu). Ale to była zaleta, te oczy. Ciemnobrązowe, niemalże czarne, patrzące na świat z lekkim rozbawieniem i nieufnością. Usta też miał miłe dla oka. A jego włosy tworzyły prawdziwą burzę. Gęste i czarne niczym węgiel... Nadal patrzyłam na niego jak na przyjaciela, nie umiałam inaczej.
Inne dziewczyny wciąż twierdziły, że Matt to ideał, nawet z charakteru. Tu się mocno nie zgodzę. Matt nie jest wcale taki fajny jak się wydaje. Złośliwy, chamski, lizus, niepoważny, głupi, łamiący zasady (tak nie wolno! OK, sama to robię, tego nie było). Dobra, przesadziłam trochę. W rzeczywistości jest bardzo złośliwy, czasami chamski i bezczelny wręcz, a to zastępuje całą resztę. Jednak ma też swoje dobre strony. Jego zaletą jest cierpliwość. Trzyma język za zębami, gdy ja, na przykład, mówię pełno rzeczy, których nie powinnam. Łagodny jak sarna w porównaniu do Ryana. Odważny też jest, razem z Elliottem, gdyby nie był, to by nie wysadzili razem sedesu (chociaż zastanawiam się, czy nie kierowała nimi wtedy głupota). Sprytny też jest, na swój sposób. No, ale żeby nie widzieć tego jaki on jest złośliwy?! Te dziewczyny naprawdę są ślepe.
- Evelyn, jak tam Rackel? - zapytał się Zielonooki, spoglądając na mnie spod tych swoich gęstych i długich rzęs.
- Właśnie dzisiaj znalazła sobie nowy obiekt do westchnień - odparłam i dodałam, zanim Zielonooki zdążył zapytać: - Chłopak z piątej klasy z Ravenclawu.
- To ten ciemny blondyn?
Pokiwałam głową.
- Aha. - Wyglądał na co najmniej zaskoczonego. Pewnie myślał, że tak zauroczył Rackel, iż żaden chłopak nie zrobi tego ponownie. Ach, jak bardzo się mylił, dlatego też zmienił temat. - Tak w ogóle, Michael dzisiaj przyszedł porozmawiać ze mną. Chciał mnie zwerbować do drużyny.
- I co? - zapytał Matt. - Zgodziłeś się?
- Nie - odrzekł Zielonooki i powrócił wzrokiem do mnie. Miał lekki grymas na twarzy, jak odpowiadał Mattowi. - Bez was nie mamy żadnych szans. Poza tym, jestem teraz zainteresowany całkowicie czymś innym. - Przy "was" zawahał się na moment. Miałam wrażenie, że nie lubi Matta i próbuje mi się podlizać. Ja jeszcze nie zapomniałam, jak chciał zająć miejsce Matta, zanim Michael ogłosił wyniki.
- To się zajmij tym czymś innym - powiedziałam, mało ciekawa tego, co tam będzie sobie robił.
- A wiesz może, czy Rackel coś o mnie mówiła?
- No nie, nie mogę. Idę sobie, zanim zaczniesz mówić jaka ona piękna i urocza. Znam te wszystkie przymiotniki na pamięć - mruknęłam, wstałam i poszłam do dormitorium.
Byłam mocno zaskoczona tym, kogo zastałam na swoim łóżku. A któżby inny to był, jak nie Victoria? Siedziała sobie po turecku jakby nigdy nic i ćwiczyła wymachiwanie różdżką. Gdy mnie zobaczyła uśmiechnęła się dziwnie.
- Co ty tu robisz? - zapytałam tym samym tonem, jakim wyganiałam ją z mojego pokoju podczas wakacji. - Złaź mi z tego łóżka.
- W moim dormitorium dziewczyny rozmawiają o tym chłopaku, z którym się kolegujesz, a ja nie mam ochoty o nim rozmawiać, bo jest głupi.
- Z którym? - zapytałam. - Won mi z łóżka.
Zsunęła się na podłogę i stanęła obok kolumienki.
- Z tym, co mi kiedyś kazał powiedzieć, żebyś zeszła do Pokoju Wspólnego - odrzekła.
- Aaa, Ryan. I słusznie, bo jest głupi.
- Chyba wiem, dlaczego nie zostałaś przyjęta do drużyny - zaczęła, ale jej natychmiast przerwałam.
- Nie chcę o tym rozmawiać.
Ale Victoria to zignorowała.
- Pan Ivers powiedział, że jesteś słaba, dlatego nie jesteś w drużynie.
Zacisnęłam zęby. Nie widział mojej gry, więc jakim prawem tak twierdził?
- Mówił też, że jeśli będziesz nadal taka arogancka, to ten twój uśmieszek niedługo zniknie z twojej twarzy.
Że co? Kiedy ja przy nim byłam arogancka? Takie pogróżki, to może sobie głęboko w dupę wsadzić. Nikt nie będzie mi groził.
- Tak ci kazał powiedzieć?
- Nie, po prostu ci to powiedziałam - wzruszyła ramionami i wyciągnęła żelka z kieszeni szaty. Ugryzła kawałek i spojrzała na mnie. - Ja też myślę, że jesteś słaba.
- A ty jesteś głupia, bo Ivers robi ci wodę z mózgu. O ile go w ogóle masz - mruknęłam i oparłam się o kolumienkę przy łóżku Alice. - Przyznaj się, ile razy byłaś u niego przez ten cały czas, który jesteśmy w szkole?
Victoria wzruszyła ramionami.
- Dużo.
- Co ci jeszcze o mnie naopowiadał?
- Że jesteś idiotką. A nie, sorry, ale ja to powiedziałam.
Spiorunowałam ją wzrokiem, ale nie zrobiło to na niej żadnego wrażenia.
- Chora jesteś - skwitowałam to krótko. - Póki nie zaczęłaś rozmawiać z Iversem byłaś w miarę normalna. Słyszałam, że ukradłaś komuś jakiś wisiorek.
- To dla pana Iversa - odrzekła spokojnie Victoria, żując czerwonego żelka.
- Co proszę? - zdumiałam się. - Czy ty dobrze się czujesz? Kradniesz dla jakiegoś chorego typa?
- To ty jesteś chora. Pan Ivers jest bardzo fajny.
- Tak, szczególnie wtedy, kiedy każe ci kraść. Naprawdę bardzo fajny, a ty naprawdę bardzo mądra.
- Naprawdę? - Chyba nie zrozumiała sarkazmu.
- Nie, jesteś naprawdę bezmózgiem. A teraz wyjdź mi z pokoju.
Victoria spojrzała na mnie jadowicie, odwróciła się napięcie i wyszła. Ten wzrok był całkiem jak Iversa. Co on jej robi?
Podoba mi się podoba Evelyn. Lubię, kiedy główna bohaterka ma charakter, a nie jest kolejną stereotypową dziewczyną, co to jest tylko chłopaki zainteresowana. A sprawa z Victorią wydaje się poważna, ja w tym widzę jakąś czarną magię, ale chyba będę musiała czekać na kolejne rozdziały z wyjaśnieniem tej zagadki ;)
OdpowiedzUsuńMnie kolonie jakoś nigdy nie przekonywały. Jednak wolę trochę większą wolność - zebrać grupę najbliższych osób, spakować plecak, wsiąść do pociągu i wyjechać na koniec świata, raz w kompletną dzicz, raz do hotelu w egzotycznym kraju. Z wyjazdów zorganizowanych dobrze wspominam tylko rajdy górskie szkolnego koła turystycznego - całą grupą uzgadnialiśmy, gdzie idziemy, o której wychodzimy na trasę. Na tydzień staliśmy się niemal rodziną (błoto, deszcz i ostatnie opakowanie żelek jednak jednoczy ;) ). Kolonie albo wycieczki klasowe zawsze były bardziej sztywne - śniadanie o tej, idziemy tam i tam - jednym słowem nie moja bajka.
http://nocturne.blog.pl/
Evelyn przypadła mi do gustu. :) Na początku nie byłam do niej przekonana... No, ale się przełamałam.:) Victoria... No, no. Pisz dalej bo coś mi tu śmierdzi i chcę wiedzieć o co chodzi. :D
OdpowiedzUsuńhttp://xyingzi.blogspot.com/
XOXO ~ Natt
podoba mi sie twoj blog, zapraszam na moj i czekam na opinie! http://zanurzsieglebiej.blogspot.com/
OdpowiedzUsuń