środa, 18 lutego 2015

Rozdział IV

Z dedykacją dla biednej miotły i książek.

SZLABAN


Pierwszy dzień szkoły - niemal jak wakacje. Drugi dzień szkoły - horror. Powiadają, że piąta i siódma klasa jest najgorsza z powodu SUM-ów i OWUTEM-ów. Nauczyciele nas chyba pomylili z jedną z tych klas. Z każdego przedmiotu zadanie domowe na kilka stóp. Z resztą, prace domowe nie były zadawane tylko w ten drugi dzień szkoły, ale przez cały tydzień. Zatem mój każdy dzień był dość napięty i nie było chwili wytchnienia. Zamieszkałam w bibliotece z przyjaciółmi, ślęcząc nad książkami, pergaminem i kałamarzem, aby napisać referat i zacząć kolejny. Cóż, pani Feldman nie była za bardzo zachwycona naszą obecnością w bibliotece. Już się na nas trochę poznała i bała się powtórki z rozrywki. Jednak nie miała innego wyboru i musiała nas wpuszczać codziennie, a później wypraszać, kiedy nie chcieliśmy wyjść. 
W sobotę mieliśmy dzień wolny i miałam ogromną nadzieję, że w końcu się wyśpię. Przez cały tydzień chodziłam spać po północy, a musiałam wstawać o ósmej, żeby zdążyć na pierwszą lekcję o dziewiątej. Jednak sen nie był mi dany, gdyż o w pół do ósmej zostałam obudzona przez... no właśnie, ZNOWU moją siostrę. 
- Evelyn, wstawaj - powtarzała ciągle, tym upierdliwym tonem. - Evelyn!
Z początku nic nie ogarniałam. Wydawało mi się, że to mi się śni, widziałam oczyma swojej wyobraźni dormitorium i pojawiające się w nim stwory, a także swoją siostrę i brata. Dopiero po dłuższej chwili uświadomiłam sobie, że mam oczy zamknięte, a głowę schowaną pod poduszką i w moim dormitorium jest tylko siostra.
Kiedy szturchnęła mnie po raz tysięczny i wznowiła te cholerne: "Evelyn, wstawaj" warknęłam coś niezrozumiałego, co chyba znaczyło, że Vicky ma się stąd wynosić. Jednak ona nie ustępowała i dalej powtarzała, abym wstawała. 
- Zostaaaaw mnie - jęknęłam, bo nie miałam siły, aby drugi raz warknąć. 
- Musisz wstać.
Czy ona właśnie wrzasnęła? Zawołała? Powiedziała? Szepnęła? Czy znowu mnie budzi na darmo?
- Po cooo? - zapytałam cicho.
Jak tu ciepło i miękko. Chyba zostanę. 
- Dzisiaj masz odrabiać swój szlaban - wyjaśniła Victoria, a ja nadal nie rozumiałam, po co mnie budzi. - Profesor Ivers powiedział, że jeśli przyjdziecie do niego wcześnie, to szybciej się z tym uwiniecie i zdążycie na nabór do Quidditcha.
Co? Quidditch? Sobota! O w mordę.
Zerwałam się z łóżka, jakby właśnie mnie oblano lodowatą wodą. Spojrzałam na siostrę wystraszona, po czym rzuciłam się po zegarek Alice, leżący na jej szafce nocnej. Siódma trzydzieści. Zanim się ogarniemy i zjemy śniadanie minie pół godziny. Będzie ósma. Byłam pewna, że Ivers da nam szlaban, który będzie trwał co najmniej cztery godziny, a przecież o dwunastej będzie nabór do drużyny Gryfonów! 
- Możesz obudzić chłopaków? - zapytałam, wstając szybko i zastanawiając się co mam zrobić.
- Wtydzę się - powiedziała cicho i spuściła głowę.
- Dobra. Sama ich obudzę. Teraz już idź. Dzięki. 
Wpadłam do łazienki, należącej do naszego dormitorium i puściłam wodę z kranu. Szybko obmyłam twarz, wyszczotkowałam zęby, rozczesałam włosy i wróciłam do dormitorium, łapiąc przy okazji jakąś gumkę do włosów z szafki. Chyba nie była moja. Pędem się ubrałam i poleciałam do dormitorium chłopaków z krawatem w ręku. Zrobiłam wejście smoka, drzwi walnęły o ścianę, tworząc przy tym niemały huk. Elliott i Matt od razu zerwali się z łóżka z wystraszonymi minami, ale Ryan spał jak zabity. 
- Ubierajcie się. Dzisiaj nabory, a Ivers sobie zażyczył nas przed dwunastą, żebyśmy mogli odrobić szlaban - powiedziałam od razu, podchodząc do łóżka Ryana. Szturchnęłam go mocno kilka razy, a ten tylko coś jęknął. Potrząsałam go tak długo, dopóki nie otworzył na chwilę oczu. 
- Czego chcesz? - mruknął. 
- Dzisiaj nabory, a Ivers sobie zażyczył nas przed dwunastą, żebyśmy mogli odrobić szlaban - powtórzyłam tym samym, stanowczym tonem. 
- Fajnie - jęknął i zakrył się kołdrą. Chyba nie rozumiał powagi sytuacji. 
Ściągnęłam z niego kołdrę i rzuciłam na podłogę. 
- Wstajesz czy mam użyć wody? 
- Ale po co? - wymamrotał w odpowiedzi, a ja wywróciłam oczami. Z nim rano się dogadać, to jak mówienie do słupa. 
- Jeśli teraz nie wstaniesz i nie pójdziemy do Iversa, to nie zdążymy na nabory do drużyny. Quidditch! - pstryknęłam palcami koło jego ucha. - Mówi ci to coś? 
- A, dobra...
Podniósł się z łóżka, choć chyba nadal nie wiedział o co chodzi. Podczas gdy Matt i Elliott kręcili się w tę i z powrotem, ja ponaglałam Ryana, żeby włączył mózg. Nie mogłam patrzeć jak Ryan wszystko robi w mozolnym tempie, gdy chodziło o tak ważną rzecz. Wzięłam go za rękę, poprowadziłam do łazienki (nie protestował) wsadziłam jego głowę pod prysznic i włączyłam wodę. Natychmiast się obudził. 
- Czubek - warknął na mnie Ryan, a ja tylko się uśmiechnęłam.
- Miło mi to słyszeć, a teraz się ubieraj. Będę czekać w Pokoju Wspólnym - zawołałam, wychodząc z ich dormitorium. 
W Pokoju Wspólnym nie było nikogo. Dosłownie. Pomieszczenie ziało pustkami, jak łazienka dziewczyn zamieszkiwana przez ducha, Jęczącą Martę. Przysiadłam na oparciu kanapy gotowa zerwać się w każdej chwili. Burczało mi w brzuchu i w dodatku bolała mnie głowa. Zapowiadała się bardzo ciekawa sobota. 
Chłopcy pojawili się w Pokoju Wspólnym pięć minut później i wszyscy ruszyliśmy do Wielkiej Sali na śniadanie. Jedliśmy w pośpiechu, aby dotrzeć jak najszybciej do gabinetu Iversa. Gdyby nie nabory do Quidditcha, to spałabym dalej.
Podejrzewałam, że Ivers będzie miał gabinet tam gdzie poprzedni profesor, więc od razu tam się udaliśmy. Nie myliłam się. Zastaliśmy Iversa przy biurku, sprawdzającego jakieś zadanie domowe. 
Gdy wpadliśmy do jego gabinetu podniósł głowę lekko zdziwiony. 
- Witam państwa - powiedział. - Widzę, że wiadomość dotarła do panny Brown o dzisiejszym szlabanie. 
- Raczej - odpowiedziałam nieco niegrzecznie, przestępując z nogi na nogę. 
- To dobrze - odparł, odkładając pióro do kałamarza. Wstał i obejrzał nas, jakbyśmy byli jakimś okazem w muzeum. - Widzę również, że panna Brown nie zdążyła się nawet porządnie ubrać.
- Spieszyłam się - mruknęłam, chowając krawat głębiej do kieszeni. Zapomniałam o nim całkowicie. 
- To może założyłabyś łaskawie krawat, panno Brown?
- To tylko krawat. 
Ivers złączył swoje dłonie i uśmiechnął się jadowicie. 
- Nie będę tolerować niedbalstwa. Zawiąż krawat, jeśli nie chcesz mieć dodatkowego szlabanu za niewykonywanie poleceń nauczyciela. Chyba, że chcesz, abym odjął punkty twojemu domowi.
Spojrzałam na niego wzrokiem wściekłego bazyliszka, ale zrobiłam to co kazał. Żeby się dodatkowo nie czepiał, zapięłam porządnie szatę, jak przystało wychowanemu (?) uczniowi. 
Kiedy Ivers oceniał mój ubiór (co to ma w ogóle być?) do klasy wpadli nasi, kochani, przyjaciele - Ślizgoni. Byli lekko zdyszani z zarumienionymi policzkami. 
- Pan Perez i Craver - oznajmił profesor Ivers, jakbyśmy ich nie znali. - Dobrze, że jesteście. Już się niepokoiłem, że nie dotrzecie. 
Ani Perez, ani Craver nie odpowiedzieli, ale za to obdarzyli nas zniesmaczonym spojrzeniem, które wyrażało ich, jakże wielką miłość do nas. 
- Za mną. Pokażę wam co macie zrobić. 
Prowadził nas korytarzami aż do biblioteki, w której czekała już pani Feldman. Naprawdę, widząc po raz kolejny bibliotekę, zachciało mi się rzygać. Wiązała się ona z najgorszym co może być. Z nauką. 
Profesor Ivers podszedł do pani Feldman z szarmanckim uśmiechem i przywitał się z nią. 
- Znalazłem pani pomoc w uporządkowaniu tych wspaniałych ksiąg - powiedział głosem równie słodkim, co miód mojej babci. 
- Ach, to znowu wy - westchnęła pani Feldman, spoglądając na nas z dezaprobatą w oczach.
- Och, proszę się nie przejmować. Dopilnuję, aby wykonali swoją pracę rzetelnie - zapewnił ją profesor. 
- No dobrze - westchnęła znowu bibliotekarka. 
Ivers pochylił się przed nią z miłym uśmiechem, po czym podszedł do nas. Patrząc na to wszystko moja mina musiała wyglądać dziwnie, jakbym właśnie wypiła sok z cytryny. 
- Macie posegregować każdą książkę alfabetycznie z tego regału - wskazał na regał, gdzie znajdowały się wszystkie książki, wypożyczone przez ostatni tydzień przez uczniów. Zazwyczaj tam uczniowie oddawali książki, jeśli nie chciało im się szukać odpowiedniego regału, z którego wzięli książkę. Było tego więcej niż sporo i już wiedziałam, że zajmie nam to z co najmniej kilka godzin. - Pani Feldman będzie was nadzorować. Jeśli będzie coś nie tak, dopilnuję, abyście zostali godzinę, a może dwie dłużej. 
- Ale dzisiaj mamy nabory do Quidditcha, musimy być na boisku o dwunastej - powiedział Elliott.
- To radzę wam, panie Cooper, abyście zrobili to szybko i porządnie, jeśli chcecie dostać się na boisko o dobrej porze - odrzekł Ivers i wyszedł z biblioteki, powiewając swoją szmaragdową szatą. 
- Myślisz, że zostaniesz przyjęty do drużyny, Cooper? - prychnął Perez, taksując wzrokiem Elliotta. 
- Ja na pewno, ale nie wiem jak z tobą. No wiesz, ty się tak nadajesz do Quidditcha jak Górski Troll - odpowiedział kąśliwie Elliott. Perez spojrzał na niego z niechęcią i odszedł z Craverem na drugi koniec biblioteki. 
Westchnęłam głęboko i zabrałam się za robotę. 
Segregowanie książek byłoby przyjemne, gdyby nie kojarzyły mi się one z nauką, której wprost nienawidzę. Starałam się przełamać tę niechęć do nich i chociaż polubiłam ich zapach, to nie do końca znalazłam z nimi wspólny język, jeśli można znaleźć wspólny język z książkami. Trochę im też współczułam, bo musiały być dotykane przez takie ludzkie, nędzne kreatury, jak Perez czy Craver. 
Niosąc dwa opasłe tomiska do rzędu z literą I, zostałam zaczepiona przez Ryana. Miał nieco zakłopotaną minę, ale równocześnie rozbawienie w oczach. 
- Evelyn, która litera jest pierwsza? W czy Z?
Jak można tego nie wiedzieć?
- W - odpowiedziałam. - Coś ty robił w podstawówce, kiedy uczyli alfabetu?
Ryan jak również Matt i ja, chodziliśmy do mugolskiej podstawówki zanim nie ukończyliśmy jedenastego roku życia. Każde z nas miało jednego rodzica mugola i ze względu na to, byliśmy posyłani do mugolskiej szkoły. A na pewno musiała być tam lekcja alfabetu. 
Ryan wzruszył ramionami.
- Pewnie spałem - odparł z uśmiechem. 
No dobra, skoro tak... 
Wróciłam do szukania odpowiedniego rzędu, a kiedy go znalazłam jakaś kartka wypadła z jednej z ksiąg. Podniosłam ją szybko, ale coś innego przykuło moją uwagę. Przede mną stał Jace Craver we własnej osobie. Spoglądał na mnie w taki sposób, że nie mogłam niczego wyczytać z jego miny i spojrzenia.
- Co się gapisz? - warknęłam na niego.
- Grzeczniej - syknął i odzyskał swój normalny wyraz twarzy. - Jesteś za bardzo wyszczekana.
- Nie mów do mnie, jak do swojego ojca - mruknęłam, cytując Ryana. 
- Zobaczymy niedługo, jak będziesz śpiewać - wycedził i odszedł. Poszedł pewnie do Pereza, pomyślałam. W sumie, nie za bardzo mnie to obchodziło, gdzie skierował swój głupi łeb. Byłam bardziej zainteresowana kartką, która wypadła z jednej z ksiąg. Wypisane było na niej jedno zdanie i ktoś, kto to pisał musiał się mocno spieszyć, bo słowa były trudne do odczytania.


"Droga T., pamiętaj, że każdy twój zły uczynek, będzie miał swoją karę.
J.I.I."

Musiałam przeczytać kilka razy, aby rozczytać się przy poszczególnych słowach. Wyglądało mi to na groźbę, ale po co ktoś miałby pisać to na kartce i zostawić ją w książce w bibliotece? Kim jest ta T., a kim tajemniczy J.I? Czy adresat otrzymał tę kartkę? Zmarszczyłam czoło, czytając jeszcze raz całe zdanie. 
Kartka zdawała się mieć około dwudziestu lat, ale czy to możliwe, że przez ten cały okres czasu nikt jej nie znalazł? Spojrzałam na tytuł. "Impulsywność Współczesnych Czarodziejów i Irracjonalizm Ich Różdżek". Nic dziwnego, że nikt nie natknął się na ten krótki list. Kto w ogóle wymyśla takie tytuły? Przejrzałam na szybko całą księgę w poszukiwaniu czegokolwiek, ale nic nie znalazłam. To była jedyna karteczka ukryta między stronicami. 
Gdy usłyszałam kroki, zmierzające w moją stronę szybko zamknęłam książkę, a kartkę schowałam do kieszeni. To była pani Feldman. Spojrzała na mnie podejrzliwie, a kiedy wsunęłam książki na swoje miejsce, powiedziała tylko:
- Jest za dziesięć dwunasta. Jesteście wolni - powiedziała. Dzięki ci litościwa pani bibliotekarko! 
- Dziękuję. - Wyszczerzyłam zęby w uśmiech i minęłam ją w pośpiechu. - Koniec! - zawołałam do chłopaków.
- Fajrant! - zawołał głośniej Ryan, a pani Feldman złapała się za głowę.
- Nie krzyczcie, błagam! I nie biegajcie!
Jednak już jej nie słuchaliśmy, tylko puściliśmy się biegiem przez bibliotekę, aby jak najszybciej dostać się na boisko. Nie zatrzymując się zdjęłam krawat i wsadziłam go z powrotem do kieszeni, nie lubiłam go nosić. Zbiegaliśmy po schodach, potrącając przypadkowych uczniów i wypadliśmy na dziedziniec. Rzuciliśmy się w stronę błoni, gdzie dalej znajdowało się boisko do Quidditcha. Zjawiliśmy się w szatni Gryfonów dokładnie pięć minut przed rozpoczęciem naboru do drużyny. W szatni zastaliśmy Michaela i Darrena, którzy o czymś rozmawiali. Kiedy nas zobaczyli przerwali rozmowę, a Darren wybuchnął śmiechem. Oddychaliśmy szybko i płytko, a ja przez kilka sekund w ogóle nie mogłam złapać oddechu. Elliott położył się na drewnianej podłodze, a obok niego usiadł Ryan. Tylko my z Mattem staliśmy nadal na nogach, opierając się o ścianę. 
- Już myślałem, że nie przyjdziecie - powiedział Michael. - Gdzie byliście?
- A jak myślisz? - zapytałam, a Mike uśmiechnął się rozbawiony. I żyć tu z takim pod jednym dachem. 
- Pospieszcie się - odrzekł Michael i wyszedł na boisko z miotłą w ręku. Za nim podążył Darren. 
- Elliott, jak jeszcze raz będziesz się z kimś bił, sam dostaniesz ode mnie w ryj - powiedział Ryan już z bardziej równomiernym oddechem. - Albo rób to tak, żeby nikt nie widział.
- Teraz to moja wina?
- Takich jak Craver nie leje się na dziedzińcu! Zapamiętaj to sobie.
Elliott spojrzał na niego zły, ale nie odezwał się już. 
Cóż, było już o wiele za późno na wściekanie się, ale nie próbowałam tego nawet skomentować. I tak nie przetłumaczyłabym Ryanowi do rozumu. 
W ciszy wzięliśmy swoje miotły (Elliott nadal latał na jednej ze szkolnych mioteł, podczas gdy Ryan, Matt i ja mieliśmy Nimbusy 2000. Osobiście dostałam swoją miotłę od dalekiego wujka ze strony mamy, który pod koniec swojego życia postanowił obdarować swoich krewnych prezentami. Pięniędzy miał jak lodu, więc razem z bratem otrzymaliśmy swoje wymarzone miotły) i wyszliśmy na boisko, gdzie było naprawdę sporo osób. Rozpoznałam trzy drugoklasistki, które kochały się w Ryanie, chłopaka z siódmej klasy, któremu Elliott i Matt podpadli w pierwszej klasie i Zielonookiego (wraz z dziewczynami nazwałyśmy go tak, gdy umówił się z Rackel na randkę). Z resztą nie miałam okazji porozmawiać. 
Michael stanął przed zebranym ludem i zarządził ciszę. Oczywiście wszyscy natychmiast umilkli. Zaczął tłumaczyć przebieg całej tej rekrutacji do drużyny Gryfonów. Najpierw każdy miał się rozgrzać i oswoić się ze swoją miotłą. Bez żadnych ceremoni wsiadłam na miotłę i wyleciałam w powietrze z dużą prędkością. Fantastycznie było poczuć ten wiatr we włosach i adrenalinę, która towarzyszyła podczas każdego lotu na miotle. Otoczyłam kilka razy boisko. W tym czasie Ryan, Matt i Elliott również wsiedli na swoje miotły i robili koła w powietrzu. 
Podleciałam do Matta, który właśnie skończył wykonywać obrót w powietrzu na miotle i klepnęłam go w ramię.
- Berek! - zawołałam i wystrzeliłam jak kula armatnia. 
- I tak cię nie będę gonił! - krzyknął i zanim Ryan zdążył się zorientować, że rozpoczęła się nowa gra, był już goniącym. 
- Nosz... - zaklął pod nosem i puścił się w pościg za Mattem, który pędem przeleciał obok mnie, napuszczając na mnie Ryana. Zanurkowałam szybko w dół, a Ryan pognał za mną. Kątem oka widziałam Matta w bezpiecznej odległości, śmiejącego się do rozpuku i Elliotta, który akurat był baaaardzo blisko. Rzuciłam się w jego kierunku i tym samym pozbyłam się ogona. Teraz Elliott gonił na swojej szkolnej miotle. Cóż, nawet na tak wolnej miotle, mógł kogoś klepnąć jeśli ten drugi nie uważał. Matt był taki bezbronny... Matt nawet nie zdążył skręcić miotłą, a znowu został berkiem. Teraz to ja się śmiałam.
- Skończyliście? - zawołał Michael z dołu. Nadal stał na boisku, a obok niego jedna z dziewczyn walczyła z miotłą. 
- Oczywiście... - odparłam, dodając w myślach "że nie". Gdybym to powiedziała, byłabym o krok dalej od przyjęcia do drużyny. Wolałam nie ryzykować i podlizywać się Michaelowi ile się dało. 
- Możecie już poćwiczyć rzucanie kaflem z innymi. - Nawet nie spojrzał na chętnych ludzi do drużyny. Pewnie nie chciał sobie zniszczyć wzroku. Moje oczy już krwawiły, gdy druga z trzech dziewczyn, podkochujących się w Ryanie, ledwo trzymała się na miotle. Po co ktoś chce do drużyny skoro nie potrafi dobrze latać? Nie lepiej poćwiczyć cały rok, a później w następnej klasie zgłosić się do drużyny? Chociaż raz ktoś powinien brać ze mnie przykład, bo zanim spróbowałam swoich sił w naborach do drużyny, to ćwiczyłam cały rok z chłopakami. 
- Okay - odrzekł Matt i podleciał do Darrena, który właśnie otrzymał piłkę od Jadena. - Podaj no!
Kiedy prawie każdy już ćwiczył podawanie do kolegi, czy koleżanki, Michael odwrócił się do dziewczyny obok i zaczął ją instruować, jak wsiąść na miotłę. Przez chwilę przyglądałam się zmaganiom dziewczyny ze swoim podstawowym narzędziem w Quidditchu. Bała się odczepić stopy od podłoża, co wyglądało nieco komicznie. Po kilku chwilach ze wściekłą miną zsiadła z miotły, która ledwo wzbiła się ponad ziemię o dwa cale, złapała obiema dłońmi jej dwa końce i próbowała ją połamać. Gdy na nic szły jej próby rzuciła ją w drzwi od szatni i dopiero wtedy została uszkodzona. Biedna miotła. Trzeba jej współczuć, pomyślałam ze smutkiem i odleciałam do chłopaków. 
Po ćwiczeniach z kaflem odbyły się najpierw nabory na pałkarzy. Tylko jakiś piegowaty chłopak zgłosił się na pałkarza, nie licząc Jadena i Elliotta. Był trochę wiotki, ale siłę w ręce miał większą, niż mogłoby się po nim spodziewać. Szkoda tylko, że oko niecelne. Cóż... i tak nie wygrał z Jadenem i Elliottem. Jako, że pozycja obrońcy była już zajęta przez Michaela, to przeszliśmy do ścigających. Na to miejsce miało chrapkę dużo osób, w tym Matt, Ryan i ja. Zaczęliśmy od tych z najniższych klas. Mieli oni za zadanie odebrać piłkę przeciwnikowi i przerzucić ją przez jedną z trzech pętli. Michael pozwolił im wybrać przeciwnika z byłego składu i (nie)stety padło na mnie. Pewno myśleli, że byłam najsłabsza z powodu płci, ale jakoś w to wątpiłam. Nawet dziewczyna potrafi dobrze grać w Quidditch, nic nowego. Ale skoro tak chcieli... 
- Mam też trafiać do bramek? - zapytałam Michaela. Pokiwał głową i zajął pozycję obrońcy. O Jezu... tego nie przwidziałam. 
Darren rzucił mi piłkę, złapałam ją pod pachę i ruszyłam w stronę Michaela, który był po przeciwległej stronie boiska. Sam Mike uczył mnie, żeby lecieć po jednej stronie boiska, nigdy przez środek. Skorzystałam z tej rady i skręciłam miotłą w lewo. Leciałam przy trybunach, a na ogonie miałam trzy osoby. Szybowałam ze średnią prędkością, tak aby mogli mnie dogonić. Kiedy już to zrobili śmignęłam w dół, w lewo, w górę i okrążyłam jedną z trybun. Z początku nie wiedzili, gdzie się podziałam. Jeden chłopak wpadł na tą dziewczynę, która ledwo utrzymywała się wcześniej na miotle i oboje spadli na dół. Została jedna z tych trzech dziewczyn, które przyszły spróbować swoich sił. Jako jedyna wyglądała rozsądnie i nie mogłam tego zbagatelizować. Szybko zrozumiała jaki wywinęłam im numer i po chwili znowu siedziała mi na ogonie. Przez moment leciałam slalomem, zbliżając się do bramek, a kiedy byłam już bardzo blisko, rzuciłam kafla w stronę najmniejszej pętli. Michael z łatwością to obronił i podał kafla dziewczynie, która żwawo już leciała w stronę mojej bramki. Prędko ją dogoniłam i wybiłam jej piłkę, którą trzymała tak jak ja pod pachą. Natychmiast przejęłam prowadzenie i zawróciłam. Moja kolejna próba w zdobyciu bramki okazała się pomyślna i w nagrodę otrzymałam dumny uśmiech swojego brata.
Kiedy następna grupa wiekowa próbowała swoich sił, ja mogłam poobserwować ich zmagania, a na moje miejsce wzięli Matta. "Zawody" skończyły się tak szybko, jak się zaczęły. Ledwo Matt zdążył dolecieć do bramek, a już trzech kandydatów na ścigających leżało na ziemi i jęczało z bólu. Jeszcze gorzej niż drugoklasistki, pomyślałam. Ostatnia grupa wyglądała na najbardziej dostosowaną do Quidditcha. Ciemnoskóry chłopak z wielkimi barami (który bardziej nadawałby się na pałkarza, ale dobra), Zielonooki (podobno bardzo zwinny i zręczny) i ten rudy z siódmej klasy. Jako że byli oni jednymi ze starszych osób, to Michael postanowił postawić naszą trójkę przeciwko nim. No dobra. Ciemnoskóry wyglądał na groźnego, ale byliśmy od niego o wiele mniejsi i zwinniejsi, więc mieliśmy nad nim jako taką przewagę. Nie wiedziałam jak sobie radzi rudy, ale miałam świadomość tego, że Zielonooki mógł być dla nas w miarę dobrym zagrożeniem, jeśli oczywiście jest prawdą, to co powiadają. 
Kafel poszedł w górę i ruszyliśmy. Przez kilka chwil Ryan przetrzymywał kafla, a gdy przeciwnik się do niego zbliżył podał go Mattowi z lewej, wolnej strony. Matt śmiało ominął rudego, który był na jego drodze i podał kafla Ryanowi. Zielonooki leciał ciągle pomiędzy mną, a chłopakami, więc nierozsądnie byłoby do mnie podać piłkę. Ryan i Matt przerzucali sobie kafla podczas gdy przeciwnicy próbowali go zdobyć. Byliśmy bardzo blisko bramki, więc wystrzeliłam do przodu, złapałam szybko kafla podanego przez Ryana i rzuciłam nią prosto w prawą, odsłoniętą pętlę. To było jedno z naszych ulubionych zagrań i obrońca rzadko mógł przewidzieć, z której strony nadlecę. Działo się to bardzo szybko, więc nawet Michael nie zdołał obronić bramki. 
- Myślałem, że nadlecisz z lewej - powiedział z uśmiechem Mike i podał kafla ciemnoskóremu.
Uśmiechnęłam się tylko i odleciałam.
Kiedy rekrutacja wszystkich kandydatów dobiegła końca Michael dał nam kilka minut spokoju i poszedł do szatni, aby przemyśleć wszystkie możliwe opcje. Sama zastanawiałam się nad werdyktem, bo nic nie było wcześniej ustalone i nawet mnie mógł wykluczyć w tym roku z drużyny. Czułam jak powoli pocą mi się dłonie, więc wylądowałam na boisku obok Zielonookiego. 
- Nieźle strzelasz - pochwalił mnie chłopak, opierając się na miotle. Czy nie wiedział, że w ten sposób ją niszczy? 
- Dzięki - odparłam. Chciałam już dodać coś o jego biednej miotle, ale nie dał mi dojść do słowa. 
- Jak myślisz? Mam szansę dojść do drużyny? Byłoby naprawdę miło, jakby Michael mnie przyjął. Oczywiście wiem, że chciałabyś być na tej pozycji razem z Mattem i Ryanem, ale pomyśl tylko. Czy nie lepiej by było, gdybym zajął miejsce Matta? Moim zdaniem lepiej byśmy grali, mecze byłyby bardziej zjawiskowe - powiedział na jednym wydechu, podkreślając słowo "zjawiskowe". 
Ściągnęłam brwi. Za żadne skarby świata nie oddałabym Matta za Zielonookiego. Dobrze grał, ale wątpiłam, abym rozumiała się tak dobrze z nim, jak z Mattem. Poza tym i przede wszystkim Matt był moim przyjacielem. Miałam obowiązek zatrzymać go przy sobie w drużynie. 
- Ty za Matta? - powtórzyłam. - Nie, dzięki.
Czy to było niemiłe? Chyba tak, bo Zielonooki się trochę obruszył. Szybko jednak zmienił temat i swój wyraz twarzy. 
- Alice i Rackel bardzo wam kibicowały - odparł ze swoim normalnym uśmiechem. Spojrzał na trybuny, a ja powędrowałam za jego wzrokiem. Alice i Rackel siedziały na ławce obok siebie, a gdy dostrzegły, że na nie patrzę, pomachały mi z entuzjazmem. Przejęta dzisiejszym szlabanem i naborami do Quidditcha, całkowicie zapomniałam o swoich przyjaciółkach. Odmachałam im, puszczając do nich uśmiech. Będzie co opowiadać o szlabanie i tym co znalazłam. Bezwiednie wsunęłam rękę do kieszeni, gdzie spoczywała kartka z książki. Cud, że jeszcze tam była. Przesunęłam ją w głąb kieszeni i wyciągnęłam rękę. Teraz miałam ważniejsze sprawy na głowie.
Michael wrócił z szatni i nakazał wszystkim wylądować na boisku. Gdy to zrobili, ustawili się w jednym rzędzie zestresowani chwilą werdyktu. Michael poczekał, aż nastanie cisza, po czym odchrząknął. 

- No więc zdecydowałem już kto będzie w drużynie. Nie chcę, żebyście mieli mi za złe, to, że was nie wybrałem. Ci co się nie dostaną mogą starać się do drużyny za rok. - Znowu odchrząknął. - Na pozycji pałkarza będą Jaden i Elliott Cooper. - Przez ten mały tłum przetoczył się głośny aplauz, a Ryan i Matt zagwizdali, poklepując braci po plecach. Też bym tak zagwizdała, gdybym umiała... - Obrońcą będę ja. Szukającym zostaje Darren, gdyż nikt się nie zgłosił na tą pozycję, opórcz Darrena. I teraz ścigający... - westchnął. 
Zacisnęłam dłonie w pięści, wstrzymując na chwilę oddech. Wpatrywałam się w Michaela z uwagą i ledwo co zdałam sobie sprawę, że podeszli do mnie Ryan i Matt. Matt położył mi rękę na ramieniu, aby mnie nieco uspokoić.
- Cóż, wybór był dość trudny. Wiedzcie, że widziałem wasze starania i determinację, a to również ważna rzecz - mówił, wydłużając czas mojego stresu. - No to... na pozycję ścigającego przyjąłem Matta Crafforda, Ryana Johnsona i Charlesa Curtisa.
Poczułam jak nogi się pode mną uginają. Wypuściłam powietrze z płuc, kiedy Ryan mnie złapał, abym nie uderzyła o ziemię. Cała energia ze mnie zeszła jak powietrze, uciekające z nadmuchanego balona. Spojrzałam na Michaela z niedowierzeniem, a za chwilę narodziła się we mnie pewna złość. 
- Przykro mi, Evelyn... - odezwał się Michael, spoglądając na mnie słabo. - Za tydzień w sobotę jest trening. Przyjdźcie o piętnastej na boisko. To tyle, na razie. - Odwrócił się i odszedł w stronę szatni. 
Z ust Ryana wydobyła się obfita wiązanka przekleństw kierowana do mojego brata, ale ten już tego nie słyszał. Spoglądałam na ciemnoskórego chłopaka, który teraz entuzjazmował się swoją wygraną. Kiedy zauważył, że na niego patrzę, posłał mi wrednie podekscytowany uśmiech i odszedł. 
- Poczekajcie tutaj - rzucił Matt i szybkim krokiem skierował się do szatni, gdzie przed chwilą zniknął Michael. 
Kiedy wszyscy się rozproszyli usiadłam ciężko na trawie i wbiłam wzrok w ziemię. Miałam ochotę krzyczeć, płakać, bić, drapać, ale zamiast tego wpijałam sobie paznokcie w zewnętrzą część dłoni. Nie czułam żadnego bólu. 
Ryan chodził niespokojnie w tę i z powrotem za moimi plecami, a jego milczenie sprawiało, że czułam się jeszcze gorzej. Na trybunach nie było już nikogo, gdy tam spojrzałam. Chwilę później przybiegły dziewczyny z wypisanym na twarzy "tak mi przykro". 








6 komentarzy:

  1. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  2. Tego się nie spodziewałam! Masz talent laska ;) Bardzo mi się podoba charakter głównej bohaterki (osobiście mam nadzieję że będzie z Ryanem). Swobodnie budujesz zdania a twoja fabuła nie skupia się tylko n rozterkach miłosnych Evelyn, których i tak jeszcze nie ma jeśli wgl będą xd Życzę weny i z niecierpliwością czekam na nowy rozdział ;*

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak zwykle ciekawie. Wszystko zaplanowane do ostatniej linijki. Nieoczekiwane zwroty akcji budują napięcie. Cud, miód i orzeszki. :D
    Brakuje mi tylko dobrego zakończenia. ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Dopiero zaczęłam czytać twojego, bloga, ale już wiem, że będe wierną czytelniczką. <3

    OdpowiedzUsuń
  5. W końcu zebrałam się i postanowiłam napisać komentarz.
    A więc, jak już Ci mówiłam - jak zawsze wszystko bardzo mi się podoba. Naprawdę lubię sposób w jaki piszesz i mimo nielicznych błędów wszystko jest świetnie. Z Twoją pomocą doszłam już do tego, kogo dotyczy liścik, więc niestety nie będzie to dla mnie zaskoczeniem, ale w dalszym ciągu będę czytać z ciekawością. :)
    Życzę ci dużo weny i mam nadzieję, że już nie będziesz robiła sobie tak dużych przerw w pisaniu.

    OdpowiedzUsuń
  6. Coraz bardziej mnie zachwycasz. Swietnie się to czyta i chcę się jeszcze więcej. Z niecierpliwością czekam na kolejne rozdziały i myślę, że nie tylko ja. Powodzenia i weny! :)

    OdpowiedzUsuń