Rozdział dedykowany Mrs. Black.
SAME NOWOŚCI
- To jest niesprawiedliwe! - zawołałam, przystając nagle na środku korytarza. Szliśmy właśnie na lekcję eliksirów i dopiero co zakończyliśmy opowiadać Rackel oraz Alice o całym zajściu z profesorem Iversem.
- Może po prostu pomylił się co do was - podsunęła Alice. - Po jednym zachowaniu wysunął takie, a nie inne wnioski i dlatego dał wam wszystkim szlaban.
Przepraszam bardzo, ale nie ocenia się ludzi po pierwszym wrażeniu. To tak jak oceniać książkę po okładce, nawet do niej nie zerkając. Nie wszystko jest takie, jakim się wydaje i pozory mogą mylić. Najwidoczniej Ivers nie zadał sobie trudu, by głębiej się zastanowić nad tym co się wydarzyło, albo wysłuchać wszystkich osób i dopiero później zadecydować o szlabanie.
- Nie ocenia się po pozorach - mruknęłam i wsadziłam gwałtownie ręce do kieszeni.
- Ale wiesz, mogłaś być trochę milsza - odparła Alice. Gdy dotarliśmy pod salę, do dzwonka na lekcje zostało jeszcze pięć minut. Oparłam się o zimną ścianę i zaczęłam obserwować Elliotta, który chodził w tę i z powrotem, i zdaje się, że coś do siebie mamrotał.
- Tu już nie chodzi o mnie. Matt nic nie zrobił, a dostał szlaban - jęknęłam z dezaprobatą. W gruncie rzeczy Matt nie powinien dostać szlabanu, ani nawet upomnienia. Gdyby nie przytrzymał Elliotta, nie wiadomo co by się stało z Craverem.
- Evelyn ma rację - odezwała się Rackel. - Podejrzewam, że nie chciało mu się myśleć czyja to była wina, więc dał wszystkim szlaban.
- Michael nie dostał - wtrąciłam. - I jaka tu sprawiedliwość? Równie dobrze to ja mogłabym wymyślić jak do tego doszło, to trudne nie jest. Michael pewnie pojawił się krótko po nas.
Przeczesałam palcami włosy, których kosmyki opadały mi na czoło oraz oczy i wzięłam głębszy wdech. Ryan usiadł obok nas na podłodze, chwilę się przysłuchwiał tej wymianie zdań i kiedy zamilkłyśmy otworzył usta żeby coś powiedzieć, ale szybko je zamknął. Postanowił, że się nie odezwie.
- Jesteś pewna? Mógł tam cały czas być - rzekła Alice, a ja pokręciłam głową z bezwzględnym przekonaniem.
- Jego tam nie było - powiedziałam dobitnie. Widząc moją niezachwianą pewność, że mojego brata nie było przed tym, gdy my przyszliśmy na dziedziniec, Alice dała sobie już spokój z usprawiedliwianiem Michaela. Z resztą on nie potrzebował żadnej osoby, która mogłaby mu pomóc się z czegokolwiek wybronić, bo sam zawsze sobie dawał radę.
- Tak czy owak, możecie się cieszyć, bo przecież Perez też dostał szlaban, a nic znaczącego nie zrobił - odparła Alice, chcąc załagodzić trochę sytuację.
- Jak nic znaczącego nie zrobił? - zapytał Ryan tonem, który oznajmował, że powie zaraz coś, za co i Rackel, i Alice go zbesztają. - Za to, że żyje powinien dostać szlaban. Na całą wieczność w Azkabanie. Z pewnością znaleźliby dla niego jakieś zajęcie. Na przykład sprzątanie cel. Wykitowałby już trzeciego dnia.
Tak jak się spodziewałam, tak też się stało. Alice i Rackel nawiązały sojusz jajników i wspólnymi siłami naskoczyły na Ryana, za to, że życzył komuś aż tak źle. Osobiście, ja nie życzyłabym nikomu śmierci w Azkabanie, bo zdawałam sobie sprawę, jak okropnie tam mogło być. Byłam pewna, że Matt i Elliott też tak sądzili, ale pomimo naszych poglądów, staraliśmy się uspokoić obie strony, tak żeby nikt się nie uraził, iż nie byliśmy w sojuszu razem z nim. Jakoś nam się to udało i kiedy zadzwonił dzwonek, obwieszczający lekcję wszyscy zgodnie milczeli, aby nie wywołać następnej kłótni.
Nauczyciel eliksirów nie zmienił się ani trochę. W ciemno zielonej szacie, ozdabianej szarymi elementami nadal był ponury, owiany grozą tajemniczości, zamknięty w sobie i wymagający. Więc kiedy zaprosił nas chłodno do sali nie spodziewałam się żadnych zmian w jego zachowaniu.
Profesor Duff przypominał mi trochę szczura, którego niegdyś znalazłam w stodole podczas wakacji na wsi u moich mugolskich dziadków. Z początku miałam wrażenie, że jest całkiem nieszkodliwym stworzeniem i nawet całkiem przyjaznym, ale zmieniłam zdanie kiedy rzucił się na mnie z pazurami, sycząc jak rozjuszony kot. Kilka dni przesiedział u dziadków na farmie, ale nawet kiedy nikt go nie ruszał i nie wyganiał, to robił wszystkim na złość, biegając po domu i stwarzając więcej szkód niż ja w tamtym wieku. Warto wspomnieć, że okres buntowniczy sześciolatki plus mój charakter, to mieszanka iście wybuchowa. Później nie wiadomo co się z nim stało. Obstawiałam, że zagryzł go jakiś wielki kot, ale jak już nieraz mówiłam, los nie traktuje mnie ulgowo i zawsze musi mi zrobić na złość.
Początek lekcji jest zawsze taki sam. Rozpakowujemy swoje rzeczy i siedzimy, aż profesor Duff stwierdzi, że można zacząć zajęcia. Zwykle jest tak, że przechadza się chwilę po klasie i każe ładniej ułożyć książkę, pergamin i kałamarz z atramentem na brzegu stołu. Duff jest prawdziwym maniakiem czystości i porządku. Nawet bardzo starannie ułożone rzeczy na miejscu pracy, zawsze będą miały jakieś wady w mniemaniu profesora. A bo to książka wystaje poza powierzchnię stołu, albo pergamin jest źle położony.
Raz tak się zdenerwował, iż połowa klasy miała porozwalane książki na stole, że przeznaczył całą godzinną lekcję na temat porządku i czystości. Później kazał nam napisać dwa referaty. Pierwszy miał dotyczyć tematu lekcji, która się "przez nas" nie odbyła, a drugi miał być o tym co Duff mówił o schludności - oba referaty na trzy stopy na następny dzień. Alice musiała nas siłą zaciągać, żebyśmy napisali chociaż ten jeden z tematu lekcji. Spędziliśmy więc całe popołudnie i część wieczoru w bibliotece ślęcząc nad książkami, zanim bibliotekarka, pani Feldman, nie wyprosiła nas stamtąd. Kiedy następnego dnia zmierzaliśmy do lochów na spotkanie z upiorem Alice wręczyła nam nasze referaty o czystości, które sama dla nas napisała kiedy nam już nie starczyło siły poprzedniego wieczoru. Byliśmy jej bardzo wdzięczni.
Lekcja zaczęła się od przypomnienia nam, czym są eliksiry, że nie można bagatelizować tego przedmiotu, bo kiedyś może uratować nam życie, albo jak to Elliott mówi "pomóc nam w trzymaniu się od abstynencji jak najdalej". Później zaczęliśmy wypisywać zastosowania różnych roślin w eliksirach. Duff rozwijał zdania tak, że opis jednej rośliny zajmował ponad pół stopy pergaminu i pod koniec lekcji nadgarstki nas bolały jak nigdy.
Wychodząc z sali i kierując się w górę zamku, rozmasowywałam sobie rękę z przyjemnością, słuchając jak Ryan narzeka na profesora Duffa. Odzyskaliśmy nieco humoru i zapomnieliśmy o tym, co działo się przed lekcją. Choć dużo brakowało do atmosfery sprzed lunchu, to i tak było całkiem w porządku. Kiedy Rackel i Alice rozmawiały o eliksirach, a Ryan i Elliott wymyślali jaki żart zafundować pierwszakom, Matt zrównał ze mną kroku i zaczął temat o profesorze Iversie. Jednak zrobił to tak subtelnie, że nie zdenerwowałam się, przypominając sobie o szlabanie. Gdyby zrobił to ktoś inny, nie wiem co by się wydarzyło.
- Wiesz, to trochę dziwne, że Ivers nie zjawił się wczoraj na uczcie. A tym bardziej, że Bein nawet o nim nie wspomniał - rzekł Matt, poprawiając sobie torbę na ramieniu.
- Też wydaje mi się to dziwne, ale Bein zapomina o wielu rzeczach. Przecież wczoraj nawet nie wspomniał o tym, że nie wolno wchodzić do Zakazanego Lasu czy o tym, iż nabory do drużyn Quidditcha odbędą się w sobotę - odparłam, wzruszając ramionami. - Nie wiem co jest z Iversem, nie wiem kim jest, ale wiem, że mnie nie lubi. Wiem też, że Bein długo już nie posiedzi w fotelu dyrektora Hogwartu.
Matt na chwilę zamilkł, trawiąc moje słowa.
- Może nie mógł się wyrwać wcześniej tam gdzie przebywał i dotarł do zamku dopiero dzisiaj, albo wczoraj po uczcie - dodałam z przekąsem. - Nawet mnie to teraz nie obchodzi.
- Tak swoją drogą, to nie możesz być pewna, że nabory będą w sobotę. - Temat rozmowy zszedł na Quidditcha, główny wątek wielu wieczornych dyskusji w klasie trzeciej.
Jako, że prawie cała nasza paczka grała w drużynie Gryfonów (Rackel i Alice nie interesowały się Quidditchem, jedynie oglądały mecze rozgrywane w szkole), to na początku tego roku szkolnego najważniejsze było dostanie się z powrotem do drużyny. Do tej pory nie miałam czasu myśleć o Quidditchu, najpierw wkurzałam się na siostrę, później miałam zajęcia, następnie była bójka, rozmowa z nowym profesorem, szlaban i dopiero teraz odsunęłam od siebie wszystko, co dzisiaj się wydarzyło. Choć jakby tak pomyśleć, to był to ciekawy dzień.
Ale wracając do Quidditcha. W drugiej klasie chłopcom udało się dostać do drużyny Gryfonów, głównie dlatego, że przekupili lidera, Colbiego Studwicka, paczką czekoladowych żab i pieguskowymi kociołkami (wtedy jeszcze nikt nie wiedział, że Colby walczy z uzależnieniem od słodyczy), ale też w dużej mierze przyczyniły się do tego ich umiejętności. Ryan i Matt to niesamowici ścigający, rozumieją się bez słów, każdy z nich wie co ten drugi zrobi podczas gry. Elliott ma w sobie dużo siły i celne oko, nic więc dziwnego, że gra jako pałkarz, zrzucając innych zawodników z miotły.
Drugim pałkarzem jest starszy brat Elliotta, Jaden. Jeszcze bardziej silniejszy od Eliotta i z celniejszym okiem. Każda posłana przez niego piłka trafia w twarz przeciwnika, a ten później ląduje w Skrzydle Szpitalnym. Szukającym jest zaś Darren Cooper, drugi brat mojego przyjaciela. Zręczny, szybki i spostrzegawczy potrafi błyskawicznie złapać znicza, zanim drugi szukający z przeciwnej drużyny zdąży go zauważyć. Dwoma słowami jesteśmy zgraną i dobrą drużyną.
Jeśli o mnie chodzi, to do drużyny doszłam dopiero rok temu, kiedy Colbiego zastąpił Michael. Colby wtedy już się nie nadawał do niczego i przez pewien niewinny żart jakiegoś Puchona, szóstoklasista wylądował w szpitalu św. Munga (do końca nie wiadomo czy wysłali go do św. Munga, bo oszalał z powodu uzależnienia, czy też przez to, że Puchon nalał mu źle uwarzony eliksir, wmawiając mu, że to napój czekoladowy, gdy tak naprawdę był to Eliksir Rozpaczy). Kiedy Michael objął dowództwo, przyjął mnie do drużyny jako ścigającą. Musiałam się nieźle namęczyć, żeby pokazać mu co potrafię, bo to, że jestem jego siostrą, nie oznacza, że miałam jakieś taryfy ulgowe. Można mieć nawet wrażenie, że na mnie nakładał większy nacisk podczas treningów, niż na jakąkolwiek inną osobę z drużyny.
Sam Michael daje dużo z siebie, czy to na treningu, czy to w grze. Dobrze się sprawdza w roli obrońcy i równocześnie lidera, a nawet rzekłabym, iż jest to wszystko Powyżej Oczekiwań. Zeszły sezon wygraliśmy bezprecedensowo, przeważając nad innymi domami dużą ilością punktów. Według kilku nauczycieli, którzy z ikrą nam kibicowali, był to zaskakujący i wyjątkowy sezon, gdyż poziom zawodników był ponad to, czego można nauczyć się w szkole. Michael jako doskonały obrońca, przepuścił zaledwie tylko siedem piłek we wszystkich odbytych meczach i nauczył nas formacji, których używa się na Mistrzostwach Świata i innych ważnych meczach.
Po całym popołudniu pełnym wrażeń miałam ochotę siąść w Pokoju Wspólnym i już się z niego nie ruszać, aż do następnego dnia. Jednak, gdy tylko przekroczyłam próg i zobaczyłam siostrę, siedzącą w kącie z miną, którą aż za dobrze znałam, odechciało mi się wszystkiego. Natychmiast odwróciłam się, aby czmychnąć gdzieś, gdzie nie było Victorii, ale wpadłam na Michaela. Automatycznie mnie zatrzymał i nie minęła nawet sekudna, kiedy domyślił się, że chcę zwiać przed siostrą.
- Wiesz, nadal się zastanawiam, dlaczego aż tak nie lubisz przebywać w towarzystwie Victorii - powiedział z szerokim uśmiechem na twarzy. Wyglądał na całkiem zadowolonego z dzisiejszego dnia, bo przecież szlabanu nie dostał. Choćbym nie wiem jak długo wymieniała najlepsze cechy Mike'a, to i tak nie zmieni to faktu, że jest złośliwy, czasami nawet do granic bezczelności. Teraz właśnie pokazywał swoją złośliwość, szczerząc zęby jak głupek.
- Wiele razy ci mówiłam dlaczego, ale ty nadal obstawiasz swoje, więc zastanawiaj się dalej. A teraz możesz mnie przepuścić? Muszę gdzieś iść.
- Oj, Evie, nigdzie nie pójdziesz - westchnął Michael i zagrodził mi przejście ręką. - Musisz odrobić swój szlaban.
Kiedy spojrzałam na niego spode łba, ten roześmiał się głośno. Bardzo bawiła go sytuacja ze szlabanem i dlatego miał tak dobry humor. Pochrzaniony debil.
- No dobra, już nie będę, ale w Pokoju Wspólnym zostaniesz - odparł wesoło i dał mi znak, abym odsunęła się od wyjścia. - I nie próbuj uciekać, bo powiem Victorii, żeby łaziła za tobą dzień w dzień.
- I tak przez większość dnia jestem na lekcjach - warknęłam, mrużąc ze złości oczy.
- A później? - zapytał z błyskiem w oku. Odszedł rozbawiony do granic możliwości, a ja walczyłam sama ze sobą. Zostać czy pójść? Pójść czy zostać? Z jakże ważnej bitwy wyrwał mnie Ryan, wołając mnie po imieniu. Szlag by to trafił, teraz Victoria na pewno się zorientuje, że tutaj jestem. Odwróciłam się do przyjaciół i jęknęłam niezadowolona, po czym powłóczyłam nogami w ich kierunku.
- Nienawidzę Michaela - powiedziałam na wstępie, siadając obok Matta na kanapie.
- Nic nowego - zarechotał Ryan rozwalony w fotelu jak zawsze. - Co tym... Okay, już wiem. Siostra - odrzekł, spoglądając na kogoś ponad moim ramieniem. Kiedy usłyszałam swoje imię wypowiedziane przez siostrę, Ryan znowu się roześmiał.
- Zamknij się - fuknęłam i rzuciłam w niego poduszką. - Czego chcesz? - zwróciłam się do siostry.
Wzruszyła ramionami.
- Pierwszy dzień był fajny - bąknęła cicho. - Ale tęsknię za mamą.
- Poznałaś już kogoś? - zapytała łagodnie Alice z dobrodusznym uśmiechem na ustach.
Victoria tylko pokręciła głową.
- Ale rano wydarzyła się niesamowita rzecz - rzekła ze świecącymi oczami. - Na mojej szacie pojawił się herb, dostałam też szalik!
Cóż, pierwszy dzień w szkole był fascynującym doświadczeniem w życiu każdego ucznia. Nie mogłam się do niej przyczepić, bo niegdyś sama przyjechałam po raz pierwszy do Hogwartu i poznawałam zamek oraz jego tajemnice od podstaw.
Dobrze pamiętałam ten pierwszy ranek dnia, w którym miały zacząć się pierwsze zajęcia w tym roku szkolnym. Uczucie podekscytowania rozsadzało mnie od środka, nie mogłam się doczekać kiedy poznam bliżej inne osoby w moim wieku, nauczycieli i poczuję jacy są uczniowie z wyższych klas.
Jeszcze w dormitorium czekało mnie niemałe zdumienie, kiedy spojrzałam na swoją szatę, która miała świeżo przyszyty herb domu na piersi. Z początku nie wiedziałam skąd się to wzięło na mojej szacie, ale później domyśliłam się, że w nocy skrzaty musiały to przyszyć i podrzucić szalik oraz krawat w barwach Gryffindoru.
Zbiegłam później do Pokoju Wspólnego w poszukiwaniu nowych przygód i z iskierkami w oczach. Nie była to zbyt wczesna godzina, dlatego też w Pokoju Wspólnym siedziało wiele osób. Dwóch chłopaków prowadziło ożywioną rozmowę. Blondynka z migdałami zamiast oczu czytała książkę. Rudowłosa siódmoklasistka słuchała radia, a przy niej wygłupiało się dwóch chłopaków z drugiej, może trzeciej klasy. Jakaś dziewczyna o ciemnej skórze siedziała w kącie i plotła sobie warkocz, a gdy na mnie spojrzała groźnym wzrokiem, ponieważ patrzyłam się na nią jak na jakiś okaz w muzeum, uśmiechnęłam się szeroko i poszłam na kanapę przed kominkiem.
Zastałam tam swojego brata z kolegami. Jeden z nich opowiadał właśnie jakiś żart, kiedy wskoczyłam na kanapę, wpadając przypadkiem na zielonookiego chłopaka. Wówczas nie dostrzegałam jego urody, bo dla mnie przystojny był tylko Michael, żaden inny chłopak. Dopiero z czasem zaczęłam sobie uświadamiać jaki ma uroczy uśmiech, blond włosy i zielone, ciekawskie oczy. Ale wracając. Musiał wtedy niechcący dostać ode mnie z łokcia, gdyż później słyszałam, jak skarżył się na bolący nos. Jakoś udało mi się usiąść normalnie, przeprosiłam najgrzeczniej jak potrafiłam, a on posłał mi tylko uśmiech i wtrącił coś, że nic się nie stało. Koledzy Michaela przepytali mnie jak na przesłuchaniu, a później uznali, że można się ze mną zadawać i robili to potem przez następne lata.
W tym pierwszym dniu zapoznałam się również bliżej z Mattem i Elliottem, którzy w następny tydzień wysadzili sedes w męskiej łazience. Wpadłam na nich w drodze do Wielkiej Sali w porze lunchu. Przez przypadek (naprawdę był to przypadek) zepchnęłam jedną ze szkolnych gwiazdeczek ze schodów. Była to Lindsay Wright, urocza blondyneczka z oczami łani. Choć wyglądała całkiem niewinnie, bynajmniej taka nie była. Jej arogancja i próżność dawała się we znaki na każdym kroku. Jak na łagodny wygląd była całkiem wyszczekana. Potrafiła się podlizać każdemu, o czym przekonałam się kilka tygodni później. No więc, kierując się do Wielkiej Sali, szłam tuż za Lindsay. Nie mam pojęcia jak to wszystko się stało, działo się to dość szybko, ale nadepnęłam jej na szatę, a kiedy ona gwałtownie się zatrzymała, ja obróciłam się szybko. Chciałam zwiać za wielkiego chłopaka, który szedł za mną, żeby wyglądało to tak, jakby to on nadepnął na jej szatę, ale mimowolnie zamachnęłam się ręką i Lindsay zleciała ze schodów.
Do tej pory twierdzę, że to było dość niemożliwe, bo przecież taka, zwykła jedenastolatka nie może mieć tyle siły w ręce, żeby zrzucić kogoś ze schodów przez zamachnięcie się. No ale niestety. Lindsay prędko doszła do tego, przez kogo leżała poturbowana na podłodze. Wstała szybko i już miała mi coś zrobić, kiedy ktoś złapał mnie za rękę i wciągnął w tłum. Był to Matt, a obok niego stał Elliott. Oboje zaproponowali mi pomoc w ucieczce, a ja, rzecz jasna się zgodziłam. Od tamtej pory nie rozstawałam się z nimi ani na krok. Robiliśmy wiele rzeczy wspólnie i staliśmy się najlepszymi przyjaciółmi jakich mało. Przez ten czas spędzony z chłopakami czułam, że mogę wszystko, że jestem całkowicie bezkarna i, że świat należy do mnie. Później jednak pojawiła się Alice i ściągnęła mnie bliżej rzeczywistości, choć nadal byłam od niej dość daleko. Elliotta i Matta udało się nawet przywrócić do stanu normalności, ale kiedy poznaliśmy Ryana, cały misterny plan Alice legnął w gruzach.
Matt wyrwał mnie z zadumy jednym szturchnięciem ręki. Spojrzałam na niego, a później na każdego z moich przyjaciół. Mój wzrok zatrzymał się na Alice. Była spokojna, miła i łagodna dla Victorii. Zwracała się do niej ciepłym tonem, nawet wzrok miała życzliwy. Nie rozumiałam tego. Za każdym razem, gdy rozmawiałam z Victorią, krew mnie zalewała, bo mówić do niej, to jak mówić do ściany.
- To skrzaty przychodzą w nocy i naszywają na szatę herb domu. Przynoszą też szaliki w tych samych kolorach co dany dom - odparła przyjaźnie Alice. - A jak ci minęły pierwsze lekcje?
- Nie było źle. Profesor Duff opowiadał nam o eliksirach, a profesor Ivers dał mi dwa punkty!
Zmarszczyłam czoło na dźwięk tego nazwiska.
- Ivers? - powtórzyłam.
- Tak. Jest bardzo miły i ciągle się uśmiecha - odrzekła ucieszona, że jej słucham, chociaż nie wiem z czego tu się cieszyć.
Miły i się uśmiecha? To chyba nie ten Ivers, którego my spotkaliśmy.
- I zna naszą mamę.
- Evelyn ma rację - odezwała się Rackel. - Podejrzewam, że nie chciało mu się myśleć czyja to była wina, więc dał wszystkim szlaban.
- Michael nie dostał - wtrąciłam. - I jaka tu sprawiedliwość? Równie dobrze to ja mogłabym wymyślić jak do tego doszło, to trudne nie jest. Michael pewnie pojawił się krótko po nas.
Przeczesałam palcami włosy, których kosmyki opadały mi na czoło oraz oczy i wzięłam głębszy wdech. Ryan usiadł obok nas na podłodze, chwilę się przysłuchwiał tej wymianie zdań i kiedy zamilkłyśmy otworzył usta żeby coś powiedzieć, ale szybko je zamknął. Postanowił, że się nie odezwie.
- Jesteś pewna? Mógł tam cały czas być - rzekła Alice, a ja pokręciłam głową z bezwzględnym przekonaniem.
- Jego tam nie było - powiedziałam dobitnie. Widząc moją niezachwianą pewność, że mojego brata nie było przed tym, gdy my przyszliśmy na dziedziniec, Alice dała sobie już spokój z usprawiedliwianiem Michaela. Z resztą on nie potrzebował żadnej osoby, która mogłaby mu pomóc się z czegokolwiek wybronić, bo sam zawsze sobie dawał radę.
- Tak czy owak, możecie się cieszyć, bo przecież Perez też dostał szlaban, a nic znaczącego nie zrobił - odparła Alice, chcąc załagodzić trochę sytuację.
- Jak nic znaczącego nie zrobił? - zapytał Ryan tonem, który oznajmował, że powie zaraz coś, za co i Rackel, i Alice go zbesztają. - Za to, że żyje powinien dostać szlaban. Na całą wieczność w Azkabanie. Z pewnością znaleźliby dla niego jakieś zajęcie. Na przykład sprzątanie cel. Wykitowałby już trzeciego dnia.
Tak jak się spodziewałam, tak też się stało. Alice i Rackel nawiązały sojusz jajników i wspólnymi siłami naskoczyły na Ryana, za to, że życzył komuś aż tak źle. Osobiście, ja nie życzyłabym nikomu śmierci w Azkabanie, bo zdawałam sobie sprawę, jak okropnie tam mogło być. Byłam pewna, że Matt i Elliott też tak sądzili, ale pomimo naszych poglądów, staraliśmy się uspokoić obie strony, tak żeby nikt się nie uraził, iż nie byliśmy w sojuszu razem z nim. Jakoś nam się to udało i kiedy zadzwonił dzwonek, obwieszczający lekcję wszyscy zgodnie milczeli, aby nie wywołać następnej kłótni.
Nauczyciel eliksirów nie zmienił się ani trochę. W ciemno zielonej szacie, ozdabianej szarymi elementami nadal był ponury, owiany grozą tajemniczości, zamknięty w sobie i wymagający. Więc kiedy zaprosił nas chłodno do sali nie spodziewałam się żadnych zmian w jego zachowaniu.
Profesor Duff przypominał mi trochę szczura, którego niegdyś znalazłam w stodole podczas wakacji na wsi u moich mugolskich dziadków. Z początku miałam wrażenie, że jest całkiem nieszkodliwym stworzeniem i nawet całkiem przyjaznym, ale zmieniłam zdanie kiedy rzucił się na mnie z pazurami, sycząc jak rozjuszony kot. Kilka dni przesiedział u dziadków na farmie, ale nawet kiedy nikt go nie ruszał i nie wyganiał, to robił wszystkim na złość, biegając po domu i stwarzając więcej szkód niż ja w tamtym wieku. Warto wspomnieć, że okres buntowniczy sześciolatki plus mój charakter, to mieszanka iście wybuchowa. Później nie wiadomo co się z nim stało. Obstawiałam, że zagryzł go jakiś wielki kot, ale jak już nieraz mówiłam, los nie traktuje mnie ulgowo i zawsze musi mi zrobić na złość.
Początek lekcji jest zawsze taki sam. Rozpakowujemy swoje rzeczy i siedzimy, aż profesor Duff stwierdzi, że można zacząć zajęcia. Zwykle jest tak, że przechadza się chwilę po klasie i każe ładniej ułożyć książkę, pergamin i kałamarz z atramentem na brzegu stołu. Duff jest prawdziwym maniakiem czystości i porządku. Nawet bardzo starannie ułożone rzeczy na miejscu pracy, zawsze będą miały jakieś wady w mniemaniu profesora. A bo to książka wystaje poza powierzchnię stołu, albo pergamin jest źle położony.
Raz tak się zdenerwował, iż połowa klasy miała porozwalane książki na stole, że przeznaczył całą godzinną lekcję na temat porządku i czystości. Później kazał nam napisać dwa referaty. Pierwszy miał dotyczyć tematu lekcji, która się "przez nas" nie odbyła, a drugi miał być o tym co Duff mówił o schludności - oba referaty na trzy stopy na następny dzień. Alice musiała nas siłą zaciągać, żebyśmy napisali chociaż ten jeden z tematu lekcji. Spędziliśmy więc całe popołudnie i część wieczoru w bibliotece ślęcząc nad książkami, zanim bibliotekarka, pani Feldman, nie wyprosiła nas stamtąd. Kiedy następnego dnia zmierzaliśmy do lochów na spotkanie z upiorem Alice wręczyła nam nasze referaty o czystości, które sama dla nas napisała kiedy nam już nie starczyło siły poprzedniego wieczoru. Byliśmy jej bardzo wdzięczni.
Lekcja zaczęła się od przypomnienia nam, czym są eliksiry, że nie można bagatelizować tego przedmiotu, bo kiedyś może uratować nam życie, albo jak to Elliott mówi "pomóc nam w trzymaniu się od abstynencji jak najdalej". Później zaczęliśmy wypisywać zastosowania różnych roślin w eliksirach. Duff rozwijał zdania tak, że opis jednej rośliny zajmował ponad pół stopy pergaminu i pod koniec lekcji nadgarstki nas bolały jak nigdy.
Wychodząc z sali i kierując się w górę zamku, rozmasowywałam sobie rękę z przyjemnością, słuchając jak Ryan narzeka na profesora Duffa. Odzyskaliśmy nieco humoru i zapomnieliśmy o tym, co działo się przed lekcją. Choć dużo brakowało do atmosfery sprzed lunchu, to i tak było całkiem w porządku. Kiedy Rackel i Alice rozmawiały o eliksirach, a Ryan i Elliott wymyślali jaki żart zafundować pierwszakom, Matt zrównał ze mną kroku i zaczął temat o profesorze Iversie. Jednak zrobił to tak subtelnie, że nie zdenerwowałam się, przypominając sobie o szlabanie. Gdyby zrobił to ktoś inny, nie wiem co by się wydarzyło.
- Wiesz, to trochę dziwne, że Ivers nie zjawił się wczoraj na uczcie. A tym bardziej, że Bein nawet o nim nie wspomniał - rzekł Matt, poprawiając sobie torbę na ramieniu.
- Też wydaje mi się to dziwne, ale Bein zapomina o wielu rzeczach. Przecież wczoraj nawet nie wspomniał o tym, że nie wolno wchodzić do Zakazanego Lasu czy o tym, iż nabory do drużyn Quidditcha odbędą się w sobotę - odparłam, wzruszając ramionami. - Nie wiem co jest z Iversem, nie wiem kim jest, ale wiem, że mnie nie lubi. Wiem też, że Bein długo już nie posiedzi w fotelu dyrektora Hogwartu.
Matt na chwilę zamilkł, trawiąc moje słowa.
- Może nie mógł się wyrwać wcześniej tam gdzie przebywał i dotarł do zamku dopiero dzisiaj, albo wczoraj po uczcie - dodałam z przekąsem. - Nawet mnie to teraz nie obchodzi.
- Tak swoją drogą, to nie możesz być pewna, że nabory będą w sobotę. - Temat rozmowy zszedł na Quidditcha, główny wątek wielu wieczornych dyskusji w klasie trzeciej.
Jako, że prawie cała nasza paczka grała w drużynie Gryfonów (Rackel i Alice nie interesowały się Quidditchem, jedynie oglądały mecze rozgrywane w szkole), to na początku tego roku szkolnego najważniejsze było dostanie się z powrotem do drużyny. Do tej pory nie miałam czasu myśleć o Quidditchu, najpierw wkurzałam się na siostrę, później miałam zajęcia, następnie była bójka, rozmowa z nowym profesorem, szlaban i dopiero teraz odsunęłam od siebie wszystko, co dzisiaj się wydarzyło. Choć jakby tak pomyśleć, to był to ciekawy dzień.
Ale wracając do Quidditcha. W drugiej klasie chłopcom udało się dostać do drużyny Gryfonów, głównie dlatego, że przekupili lidera, Colbiego Studwicka, paczką czekoladowych żab i pieguskowymi kociołkami (wtedy jeszcze nikt nie wiedział, że Colby walczy z uzależnieniem od słodyczy), ale też w dużej mierze przyczyniły się do tego ich umiejętności. Ryan i Matt to niesamowici ścigający, rozumieją się bez słów, każdy z nich wie co ten drugi zrobi podczas gry. Elliott ma w sobie dużo siły i celne oko, nic więc dziwnego, że gra jako pałkarz, zrzucając innych zawodników z miotły.
Drugim pałkarzem jest starszy brat Elliotta, Jaden. Jeszcze bardziej silniejszy od Eliotta i z celniejszym okiem. Każda posłana przez niego piłka trafia w twarz przeciwnika, a ten później ląduje w Skrzydle Szpitalnym. Szukającym jest zaś Darren Cooper, drugi brat mojego przyjaciela. Zręczny, szybki i spostrzegawczy potrafi błyskawicznie złapać znicza, zanim drugi szukający z przeciwnej drużyny zdąży go zauważyć. Dwoma słowami jesteśmy zgraną i dobrą drużyną.
Jeśli o mnie chodzi, to do drużyny doszłam dopiero rok temu, kiedy Colbiego zastąpił Michael. Colby wtedy już się nie nadawał do niczego i przez pewien niewinny żart jakiegoś Puchona, szóstoklasista wylądował w szpitalu św. Munga (do końca nie wiadomo czy wysłali go do św. Munga, bo oszalał z powodu uzależnienia, czy też przez to, że Puchon nalał mu źle uwarzony eliksir, wmawiając mu, że to napój czekoladowy, gdy tak naprawdę był to Eliksir Rozpaczy). Kiedy Michael objął dowództwo, przyjął mnie do drużyny jako ścigającą. Musiałam się nieźle namęczyć, żeby pokazać mu co potrafię, bo to, że jestem jego siostrą, nie oznacza, że miałam jakieś taryfy ulgowe. Można mieć nawet wrażenie, że na mnie nakładał większy nacisk podczas treningów, niż na jakąkolwiek inną osobę z drużyny.
Sam Michael daje dużo z siebie, czy to na treningu, czy to w grze. Dobrze się sprawdza w roli obrońcy i równocześnie lidera, a nawet rzekłabym, iż jest to wszystko Powyżej Oczekiwań. Zeszły sezon wygraliśmy bezprecedensowo, przeważając nad innymi domami dużą ilością punktów. Według kilku nauczycieli, którzy z ikrą nam kibicowali, był to zaskakujący i wyjątkowy sezon, gdyż poziom zawodników był ponad to, czego można nauczyć się w szkole. Michael jako doskonały obrońca, przepuścił zaledwie tylko siedem piłek we wszystkich odbytych meczach i nauczył nas formacji, których używa się na Mistrzostwach Świata i innych ważnych meczach.
***
Po całym popołudniu pełnym wrażeń miałam ochotę siąść w Pokoju Wspólnym i już się z niego nie ruszać, aż do następnego dnia. Jednak, gdy tylko przekroczyłam próg i zobaczyłam siostrę, siedzącą w kącie z miną, którą aż za dobrze znałam, odechciało mi się wszystkiego. Natychmiast odwróciłam się, aby czmychnąć gdzieś, gdzie nie było Victorii, ale wpadłam na Michaela. Automatycznie mnie zatrzymał i nie minęła nawet sekudna, kiedy domyślił się, że chcę zwiać przed siostrą.
- Wiesz, nadal się zastanawiam, dlaczego aż tak nie lubisz przebywać w towarzystwie Victorii - powiedział z szerokim uśmiechem na twarzy. Wyglądał na całkiem zadowolonego z dzisiejszego dnia, bo przecież szlabanu nie dostał. Choćbym nie wiem jak długo wymieniała najlepsze cechy Mike'a, to i tak nie zmieni to faktu, że jest złośliwy, czasami nawet do granic bezczelności. Teraz właśnie pokazywał swoją złośliwość, szczerząc zęby jak głupek.
- Wiele razy ci mówiłam dlaczego, ale ty nadal obstawiasz swoje, więc zastanawiaj się dalej. A teraz możesz mnie przepuścić? Muszę gdzieś iść.
- Oj, Evie, nigdzie nie pójdziesz - westchnął Michael i zagrodził mi przejście ręką. - Musisz odrobić swój szlaban.
Kiedy spojrzałam na niego spode łba, ten roześmiał się głośno. Bardzo bawiła go sytuacja ze szlabanem i dlatego miał tak dobry humor. Pochrzaniony debil.
- No dobra, już nie będę, ale w Pokoju Wspólnym zostaniesz - odparł wesoło i dał mi znak, abym odsunęła się od wyjścia. - I nie próbuj uciekać, bo powiem Victorii, żeby łaziła za tobą dzień w dzień.
- I tak przez większość dnia jestem na lekcjach - warknęłam, mrużąc ze złości oczy.
- A później? - zapytał z błyskiem w oku. Odszedł rozbawiony do granic możliwości, a ja walczyłam sama ze sobą. Zostać czy pójść? Pójść czy zostać? Z jakże ważnej bitwy wyrwał mnie Ryan, wołając mnie po imieniu. Szlag by to trafił, teraz Victoria na pewno się zorientuje, że tutaj jestem. Odwróciłam się do przyjaciół i jęknęłam niezadowolona, po czym powłóczyłam nogami w ich kierunku.
- Nienawidzę Michaela - powiedziałam na wstępie, siadając obok Matta na kanapie.
- Nic nowego - zarechotał Ryan rozwalony w fotelu jak zawsze. - Co tym... Okay, już wiem. Siostra - odrzekł, spoglądając na kogoś ponad moim ramieniem. Kiedy usłyszałam swoje imię wypowiedziane przez siostrę, Ryan znowu się roześmiał.
- Zamknij się - fuknęłam i rzuciłam w niego poduszką. - Czego chcesz? - zwróciłam się do siostry.
Wzruszyła ramionami.
- Pierwszy dzień był fajny - bąknęła cicho. - Ale tęsknię za mamą.
- Poznałaś już kogoś? - zapytała łagodnie Alice z dobrodusznym uśmiechem na ustach.
Victoria tylko pokręciła głową.
- Ale rano wydarzyła się niesamowita rzecz - rzekła ze świecącymi oczami. - Na mojej szacie pojawił się herb, dostałam też szalik!
Cóż, pierwszy dzień w szkole był fascynującym doświadczeniem w życiu każdego ucznia. Nie mogłam się do niej przyczepić, bo niegdyś sama przyjechałam po raz pierwszy do Hogwartu i poznawałam zamek oraz jego tajemnice od podstaw.
Dobrze pamiętałam ten pierwszy ranek dnia, w którym miały zacząć się pierwsze zajęcia w tym roku szkolnym. Uczucie podekscytowania rozsadzało mnie od środka, nie mogłam się doczekać kiedy poznam bliżej inne osoby w moim wieku, nauczycieli i poczuję jacy są uczniowie z wyższych klas.
Jeszcze w dormitorium czekało mnie niemałe zdumienie, kiedy spojrzałam na swoją szatę, która miała świeżo przyszyty herb domu na piersi. Z początku nie wiedziałam skąd się to wzięło na mojej szacie, ale później domyśliłam się, że w nocy skrzaty musiały to przyszyć i podrzucić szalik oraz krawat w barwach Gryffindoru.
Zbiegłam później do Pokoju Wspólnego w poszukiwaniu nowych przygód i z iskierkami w oczach. Nie była to zbyt wczesna godzina, dlatego też w Pokoju Wspólnym siedziało wiele osób. Dwóch chłopaków prowadziło ożywioną rozmowę. Blondynka z migdałami zamiast oczu czytała książkę. Rudowłosa siódmoklasistka słuchała radia, a przy niej wygłupiało się dwóch chłopaków z drugiej, może trzeciej klasy. Jakaś dziewczyna o ciemnej skórze siedziała w kącie i plotła sobie warkocz, a gdy na mnie spojrzała groźnym wzrokiem, ponieważ patrzyłam się na nią jak na jakiś okaz w muzeum, uśmiechnęłam się szeroko i poszłam na kanapę przed kominkiem.
Zastałam tam swojego brata z kolegami. Jeden z nich opowiadał właśnie jakiś żart, kiedy wskoczyłam na kanapę, wpadając przypadkiem na zielonookiego chłopaka. Wówczas nie dostrzegałam jego urody, bo dla mnie przystojny był tylko Michael, żaden inny chłopak. Dopiero z czasem zaczęłam sobie uświadamiać jaki ma uroczy uśmiech, blond włosy i zielone, ciekawskie oczy. Ale wracając. Musiał wtedy niechcący dostać ode mnie z łokcia, gdyż później słyszałam, jak skarżył się na bolący nos. Jakoś udało mi się usiąść normalnie, przeprosiłam najgrzeczniej jak potrafiłam, a on posłał mi tylko uśmiech i wtrącił coś, że nic się nie stało. Koledzy Michaela przepytali mnie jak na przesłuchaniu, a później uznali, że można się ze mną zadawać i robili to potem przez następne lata.
W tym pierwszym dniu zapoznałam się również bliżej z Mattem i Elliottem, którzy w następny tydzień wysadzili sedes w męskiej łazience. Wpadłam na nich w drodze do Wielkiej Sali w porze lunchu. Przez przypadek (naprawdę był to przypadek) zepchnęłam jedną ze szkolnych gwiazdeczek ze schodów. Była to Lindsay Wright, urocza blondyneczka z oczami łani. Choć wyglądała całkiem niewinnie, bynajmniej taka nie była. Jej arogancja i próżność dawała się we znaki na każdym kroku. Jak na łagodny wygląd była całkiem wyszczekana. Potrafiła się podlizać każdemu, o czym przekonałam się kilka tygodni później. No więc, kierując się do Wielkiej Sali, szłam tuż za Lindsay. Nie mam pojęcia jak to wszystko się stało, działo się to dość szybko, ale nadepnęłam jej na szatę, a kiedy ona gwałtownie się zatrzymała, ja obróciłam się szybko. Chciałam zwiać za wielkiego chłopaka, który szedł za mną, żeby wyglądało to tak, jakby to on nadepnął na jej szatę, ale mimowolnie zamachnęłam się ręką i Lindsay zleciała ze schodów.
Do tej pory twierdzę, że to było dość niemożliwe, bo przecież taka, zwykła jedenastolatka nie może mieć tyle siły w ręce, żeby zrzucić kogoś ze schodów przez zamachnięcie się. No ale niestety. Lindsay prędko doszła do tego, przez kogo leżała poturbowana na podłodze. Wstała szybko i już miała mi coś zrobić, kiedy ktoś złapał mnie za rękę i wciągnął w tłum. Był to Matt, a obok niego stał Elliott. Oboje zaproponowali mi pomoc w ucieczce, a ja, rzecz jasna się zgodziłam. Od tamtej pory nie rozstawałam się z nimi ani na krok. Robiliśmy wiele rzeczy wspólnie i staliśmy się najlepszymi przyjaciółmi jakich mało. Przez ten czas spędzony z chłopakami czułam, że mogę wszystko, że jestem całkowicie bezkarna i, że świat należy do mnie. Później jednak pojawiła się Alice i ściągnęła mnie bliżej rzeczywistości, choć nadal byłam od niej dość daleko. Elliotta i Matta udało się nawet przywrócić do stanu normalności, ale kiedy poznaliśmy Ryana, cały misterny plan Alice legnął w gruzach.
Matt wyrwał mnie z zadumy jednym szturchnięciem ręki. Spojrzałam na niego, a później na każdego z moich przyjaciół. Mój wzrok zatrzymał się na Alice. Była spokojna, miła i łagodna dla Victorii. Zwracała się do niej ciepłym tonem, nawet wzrok miała życzliwy. Nie rozumiałam tego. Za każdym razem, gdy rozmawiałam z Victorią, krew mnie zalewała, bo mówić do niej, to jak mówić do ściany.
- To skrzaty przychodzą w nocy i naszywają na szatę herb domu. Przynoszą też szaliki w tych samych kolorach co dany dom - odparła przyjaźnie Alice. - A jak ci minęły pierwsze lekcje?
- Nie było źle. Profesor Duff opowiadał nam o eliksirach, a profesor Ivers dał mi dwa punkty!
Zmarszczyłam czoło na dźwięk tego nazwiska.
- Ivers? - powtórzyłam.
- Tak. Jest bardzo miły i ciągle się uśmiecha - odrzekła ucieszona, że jej słucham, chociaż nie wiem z czego tu się cieszyć.
Miły i się uśmiecha? To chyba nie ten Ivers, którego my spotkaliśmy.
- I zna naszą mamę.
Dziękuję za deykację!
OdpowiedzUsuńNie mogłam się doczekać kiedy wrócisz do pisania. Już powoli traciłam nadzieję, że w ogóle to nastąpi. Ale jednak wróciłaś, co mnie bardzo cieszy, bo uwielbiam twoje opowiadania.
A więc tak - mi się wszystko bardzo podoba, jak zawsze zresztą. Mam nadzieję, że już nie będziesz robiła sobie takich przerw.
Mrs. Black
Też piszę opowiadania :) Zapraszam na mojego bloga http://tolerancyjna92.blogspot.com/
OdpowiedzUsuńJeśli chcesz się zareklamować, to możesz, ale wolałabym aby Twój komentarz nie składał się tylko z reklamy, ale także z opinii na temat rozdziału. Takie komentarze nie pomogą mi rozwijać pisania. Zajrzę na bloga w wolnej chwili, ale prosiłabym, żebyś napisała chociaż dwa, trzy zdania na temat rozdziału. Niekoniecznie muszą być miłe. ;)
UsuńZ góry dziękuję.
Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.
OdpowiedzUsuńTen komentarz został usunięty przez administratora bloga.
UsuńWydaje mi się, że chyba popełniłaś mały błąd w fabule. Czy w poprzednich rozdziałach nie pisałaś, że Michael był w Slytherinie? Wydaje mi się, że tak, chociaż mogę się mylić. A teraz jest kapitanem drużyny Gryffindoru. Mam nadzieje, że jeśli rzeczywiście znalazł się taki błąd to go poprawisz :p idę czytać dalej c;
OdpowiedzUsuńNie, nie. Żadnego błędu nie ma w fabule. :) Michael był od początku w Gryffindorze i dziwił się, dlaczego siostra nie poszła do Slytherinu z jej charakterem i zachowaniem. :)
UsuńNo nareszcie! Ile można czekać? :D Pisz dalej i więcej! Pozdrawiam ;)
OdpowiedzUsuń