niedziela, 18 maja 2014

Rozdział II

Rozdział dedykowany Morganowi Blackowi.

NOWY PROFESOR


   Oto lista rzeczy, które planowałam zrobić rano przed śniadaniem; obudzić się w spokoju, bez nerwów wykonać poranne czynności i założyć na siebie dzienny strój, porozmawiać bezstresowo z przyjaciółmi i dopiero wtedy zejść SPOKOJNIE na śniadanie. Co jednak miałam  na początku dnia, który tak świetnie się zapowiadał? Siostrę. 
   Siedziała sobie po turecku w nogach łóżka jakby nigdy nic. Patrzyła na mnie rzeczowym wzrokiem, bawiąc się guzikami od swojej piżamy. Włosy stały jej na wszystkie strony i gdybym nie była zszokowana jej widokiem, na pewno bym się zaczęła śmiać. 
- Co ty tu robisz? - jęknęłam i opadłam ciężko na poduszkę. - Nie masz swojego życia? Wyjdź mi stąd. 
- Nudzi mi się - powiedziała speszonym tonem. - Poza tym dziwnie się tam czuję...
- No to idź do Michaela - rzuciłam cierpko. Czy tak trudno zrozumieć, żeby mi nie zawracała głowy? Czy chociaż raz w życiu nie może pomęczyć brata? Jeden, jedyny raz?
- Evelyn... - wymamrotała błagalnym głosem. Poważnie? Czy ona zdawała sobie sprawę, że proszący ton już na mnie nie działa od kilku dobrych lat?
- Wyjdź mi stąd - warknęłam, akcentując wyraźnie każde słowo. 
  Otworzyłam szeroko oczy. Zirytowana całą tą poranną sytuacją straciłam najmniejsze szanse na dalszy sen. Gdyby nie siostra, mogłabym pospać sobie jeszcze z godzinkę i jeszcze miałabym dużo czasu na przygotowanie się do zajęć. Jeżeli tak będzie codziennie, to chyba rzucę się z Wieży Astronomicznej. 
- A pokażesz mi później zamek? - zapytała, wstając z łóżka. Patrzyła na mnie z nadzieją. - Boję się, że mogę się zgubić.
- Co? - wykrztusiłam, bo tylko to mi pierwsze przyszło na myśl. - Oszalałaś? Dwa dni musiałabym cię oprowadzać po całym zamku, a nawet jeśli pokazałabym ci wszystko, to i tak byś się zgubiła.
- Wcale nie! - zaprotestowała natychmiast.
- Pierwszakom trudno się rozeznać w Hogwarcie, a co dopiero tobie. Potrafisz się nawet zgubić w małym sklepie.
   Nie żebym coś wyolbrzymiała, ale kiedyś naprawdę zgubiła się w mugolskim punkcie sprzedaży. Minimarket nie był nawet średniej wielkości. Znajdowały się w nim tylko dwie kasy i zaledwie kilka alejek, gdzie można było kupić produkty. Victoria "zgubiła się" w dziale ze słodyczami. Nie wiem nawet czy można to nazwać zgubieniem się. Rodzice powędrowali tylko po bułki, a ja z Michaelem poszliśmy na prośbę rodziców po napoje.  Victoria po prostu została w miejscu oglądając kolorowe opakowania tabliczek czekolady. Kiedy się zorientowała, że nikogo z rodziny nie ma w pobliżu zaczęła się drzeć na cały sklep. Ludzie się później na nas dziwnie patrzyli. A przecież Victoria w tym sklepie była nie raz i wtedy kiedy się to wydarzyło, miała z dziesięć czy jedenaście lat.
   - A zaprowadzisz mnie na śniadanie? - dopytywała. Podeszła do drzwi, ale wiedziałam, że nie wyjdzie, póki nie odpowiem jej na pytanie. 
- Najpierw idź się uczesać i ubrać - powiedziałam z westchnięciem. 
   Moje nerwy były zbyt zszargane, aby kontynuować spanie, które przerwała Victoria, więc tylko położyłam się na łóżku i zaczęłam się wpatrywać w kolumienki przy łóżkach moich współlokatorek. Te interesujące i jakże ekscytujące zajęcie przerwałam już po dziesięciu minutach. Postanowiłam, że się ubiorę, tak na wszelki wypadek, gdyby był pożar i trzeba było się ewakuować. Na wszystko trzeba być przygotowanym. 
    Ledwo zdążyłam zawiązać sobie krawat, kiedy drzwi się otworzyły i stanęła w nich mała, pulchna postać. Wywróciłam oczami na widok siostry. Co znowu tym razem? 
    - Jakiś chłopak się pyta czy nadal śpicie - powiedziała. Minę miała taką, jakby wykonywała życiową misję, którą powierzyła jej bardzo ważna osoba. 
- Jaki chłopak? - zdumiałam się. Przecież zwykle wszyscy o tej porze śpią w pierwszy dzień szkoły. No, głównie normalni ludzie.
- Ma krótkie, brązowe włosy i jest ładny - odparła z błyskiem w oku. 
Co? Ryan jest ładny? Pierwsze słyszę. Z tego co mi wiadomo, to osobnicy płci męskiej są przystojni, nie ładni. No, ale co ja tam mogę wiedzieć, mam przecież tylko czternaście lat. Pff.
- A co chce? - zapytałam poprawiając kołnierzyk. Wsunąwszy stopy do butów sięgnęłam po szatę.
   Victoria przystąpiła z nogi na nogę. Dopiero teraz dostrzegłam, że na szyi ma niezgrabnie zawiązany krawat, a szatę źle zapiętą (guziki był nie w tej dziurce co trzeba). Spódniczkę założyła trochę za wysoko i gdyby się nachyliła, widać byłoby jej majtki. Na szczęście buty i skarpetki zostały włożone prawidłowo. Alleluja, cieszmy się!
- Powiedział, że jeśli ty nie śpisz, dziewczyna z czarnymi włosami w lokach lub ruda, to macie zejść na dół.
- Rackel nie jest ruda - rzekłam, marszcząc czoło. Gdyby była ruda, byłaby wredna, a niestety nie jest. 
- Tak powiedział ten chłopak - wzruszyła ramionami i wyszła. Nawet nie poprosiła mnie, bym poprawiła jej strój. Czyżby w końcu się usamodzielniła? Nie, to zbyt piękne, aby było prawdziwe. 



***


   Przez okna do Pokoju Wspólnego przebijały się pierwsze promienie wschodzącego słońca. Na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że w pomieszczeniu nie ma ani jednej żywej duszy. Dopiero po chwili, po krótkim przyjrzeniu się zauważało się trzy osoby. Jedna dziewczynka z pierwszej klasy okupowała fotel koło kominka i czytała podręcznik do Historii Magii. Nie podniosła głowy, gdy weszłam do pokoju (pierwszoklasiści właśnie to mieli w zwyczaju), więc musiała być bardzo pochłonięta lekturą. Przy stoliku pod jednym z okien siedziało dwóch chłopców, którzy postanowili zagrać sobie w szachy, by jakoś umilić sobie czekanie na śniadanie. Nie znałam się perfekcyjnie na szachach (było to dla mnie zbyt żmudne i monotonne zajęcie), ale widać było, że jeden ma sporą przewagę nad drugim. Ryana jednak nigdzie nie widziałam. Na chusteczkę chciał, żebym się tutaj zjawiła?
  Już miałam się wrócić do dormitorium, gdy usłyszałam głos przyjaciela. Odwróciłam się i wytężyłam wzrok, jakbym była w ciemnym lesie, szukając jakiegoś niebezpieczeństwa. Czujności nigdy za wiele!   
- Masz zamiar uczyć się cały rok? - zapytał kogoś. Po kilku chwilach zdałam sobie sprawę, że Ryan leży na całej długości kanapy przed kominkiem. Dziewczynka, do której powiedział podniosła głowę i z równocześnie przerażoną i zdumioną miną spojrzała na Ryana. Podeszłam bliżej, aczkolwiek nie zostałam zauważona przez chłopaka, bo całą swoją uwagę skupił na pierwszoklasistce.
- Będę się starać - odrzekła cicho, tak, że musiałam nadstawić ucha, by cokolwiek usłyszeć.
- Dobrze się czujesz? Jesteś dopiero w pierwszej klasie, to jest czas na zabawę i wygłupy, a nie na naukę. Ja za rok mam OWUTEM'y i dopiero zacznę się wtedy uczyć - powiedział. Spoglądał na nią nonszalancko, nie zdając sobie kompletnie sprawy, że pierwszoklasistka się go boi. 
   Żadna nowość to nie była. Praktycznie przez większą część roku szkolnego uczniowie klasy pierwszej bali się starszych do siebie. W ich mniemaniu byliśmy tymi złymi, wielkimi, siejącymi postrach na korytarzach nastolatkami. Oczywiście, nie wszyscy byli przerażeni perspektywą spotkania się z uczniami starszych klas, ale niestety, znaczna była ilość takich osób.
- OWUTEM'y są w siódmej klasie, geniuszu - mruknęłam w końcu, podchodząc do przyjaciela. - Za rok masz SUM'y i nie sądzę, żebyś zaczął się uczyć. 
   Obeszłam kanapę, zsunęłam jego nogi na podłogę i usiadłam. Dziewczynka była zlękniona faktem, iż obok niej siedzą czwartoklasiści, a jeden z nich się do niej odezwał. Zzieleniała na twarzy i kurczowo trzymała książkę w dłoniach. Nie wiedziała co robić. Czy opuścić to miejsce, które zajmowała i schować się w jakimś kącie, czy zostać i ignorować nowo-przybyłych. Zastanawiałam się czy ja w jej wieku również bałam się starszych od siebie uczniów. Po krótkim namyśle stwierdziłam, że nic takiego sobie nie przypominam. To raczej reszta ludu bała się mnie i moich wygłupów, niż ja ich. Prędzej ja bym podczas wariowania coś im zrobiła, niż oni mnie.
- To się jeszcze zdziwisz. Będę miał lepszy wynik od ciebie - odparł, siadając. Posłał mi lekkiego kuksańca, na co ja zareagowałam szerokim uśmiechem. No patrzcie się ludzie, nie ma Victorii i od razu mam lepszy humor! Niesłychane!
- Założyłabym się z tobą, że nie dasz rady zdobyć wyższego wyniku ode mnie, ale nie chcę cię pozbawiać pieniędzy. Będę taka dobra i oszczędzę ci tego. A teraz dziękuj mi za tak cudny czyn! - ostatnie zdanie powiedziałam, starając się przybrać ton, którym to Ryan wczoraj do mnie powiedział podobne słowa.
- Gdzieś już to słyszałem. 
- Cóż za zbieg okoliczności, bo ja też to słyszałam. Powiedział to jeden taki, Ryan ma na imię - odrzekłam.
- Nie znam gościa - odparł i posłał w moją stronę uśmiech.



***


   Zasadniczo Ryan ode mnie nic ważnego nie chciał, tylko tego, bym mu dotrzymała towarzystwa skoro już nie śpię, aż nadejdzie pora śniadania. Spędziliśmy ten czas na wymyślaniu najróżniejszych sposobów, by zemścić się na Perezie za wczoraj - generalnie za wszystko co zrobił i zrobi w przyszłości. Nasze pomysły były niekiedy naprawdę szalone. Kto normalny zemściłby się na kimś, przypalając go rozgrzanym do czerwoności pogrzebaczem? Tylko psychopaci - czyli my. 
    W Pokoju Wspólnym robiło się coraz bardziej tłoczno, co było znakiem, że niedługo można iść na śniadanie. Jednak nikt z naszej obłąkanej ekipy nie zawitał do pokoju i wspólnie z Ryanem postanowiliśmy wziąć sprawę w swoje ręce. Nie ma bata, żeby się dalej wylegiwali, gdy ja zostałam tak wcześnie obudzona. Sprawiedliwość musi być!
     Na początek za cel swojej wyprawy wzięliśmy dormitorium chłopaków. Była to najciekawsza i najzabawniejsza część etapu "przebudzenia", bo reakcje Elliotta i Matta były cudownym efektem naszych sposobów budzenia. Rok temu Ryan wykorzystał proste zaklęcie lewitujące na Elliottcie, w skutek czego został zbluzgany jak nigdy przedtem. Pewnych słów, które kierował Elliott w stronę Ryana sama nie znałam.
    Tym razem nie miałam zielonego pojęcia co Ryan zamierza zrobić Elliottowi. Czy będzie to bardziej absurdalne niż w zeszłym roku, czy nieco bardziej delikatne? To było pytanie dnia za sto punktów. Sama postanowiłam troszkę orzeźwić Matta. Oczywiście, żeby nie było, wszystko legalnie zgodnie z przepisami BHP. Żadnych zarazków, bakterii i tym podobnych. 
    Weszliśmy po cichu do dormitorium chłopaków. Jak się spodziewaliśmy Matt oraz Elliott spali sobie smacznie, kompletnie nieświadomi naszego szatańskiego planu. Tylko oni byli w środku, Sam i Liam już dawno zeszli do Pokoju Wspólnego i zaczepiali pierwszoklasistów, mówiąc, że przeprowadzają ankietę pt. "Wrażenia po pierwszym dniu w Hogwarcie". W zasadzie rozeznawali się kto jest w miarę normalny, a kto nie. 
     Stanęłam nad łóżkiem Matta i spojrzałam na niego. Miałam wrażenie, że patrzę na niewinnego siedmiolatka. Czarne kosmyki włosów opadały mu na czoło, a klatka piersiowa unosiła się i opadała w jednym rytmie. Wyglądał jak dziecko i gdybym go nie znała, z pewnością byłoby mi go szkoda. Teraz jednak miałam wcielić swój pomysł w życie i nawet najniewinniejsza jego mina nie zniweczyłaby tego planu za cholerę. Tak, jestem wredna. 
    Wymieniłam znaczące spojrzenie z Ryanem, który uśmiechał się tajemniczo i złowrogo, stojąc nad Elliottem. Wyciągnęłam różdżkę i uniosłam lewą rękę. Odliczyłam na palcach do trzech i w tym samym czasie rozpoczęliśmy etap pierwszy - budzenie. Skierowałam różdżkę na Matta i wypowiedziałam proste zaklęcie "Aguamenti". Gdy z końca różdżki wystrzelił strumień wody Ryan nachylił się nad Elliottem i zagwizdał mu do ucha. Oboje, Matt i Elliot, zerwali się w tym samym czasie, spadając z łóżka na twardą podłogę. Ryknęliśmy głośnym śmiechem na widok ich przerażonych min.
     Elliott prawie natychmiast się zreflektował. Wstał wściekły jak szerszeń i wyklinając Ryana od najgorszych sięgnął po różdżkę i wycelował mu prosto w twarz, cedząc: "chłoszczyść". Ryan zaczął kaszleć i rzęzić, a z ust wylatywały mu kolorowe bańki. 
   - Ty zasrany, pieprzony, gówniany... - reszta przymiotników wypowiedzianych przez Elliotta, została zagłuszona przez mój śmiech. 



***



  - Ryan, zdajesz sobie sprawę, że Elliott mógł ogłuchnąć? Ty masz coraz dziwniejsze sposoby budzenia - powiedziała Alice, gdy wszyscy razem schodziliśmy do Wielkiej Sali. Elliott nadal wyklinał Ryana, ale już nie tak bardzo kreatywnie. Od czasu do czasu skarżył się, że dzwoni mu w prawym uchu "przez tego dupka" i patrzył spode łba na przyjaciela, obmyślając zapewne plan zemsty. 
  Alice próbowała być poważna, ale nie udawało jej się to. Ledwo powstrzymywała się od śmiechu, słysząc coraz to nowsze i bardziej wulgarne wyzwiska Elliotta. Oczywiście, jak nakazywała kultura nie wybuchła śmiechem, bo i na nią Elliott byłby wkurzony. Na mnie też był, przez napad śmiechu w dormitorium, ale nie zwracałam na to większej uwagi. Kiedyś musiało mu to przejść, prawda?
    Matt oblany wodą z różdżki też zaczął mnie wyzywać, ale nie tak wymyślnie jak Elliott Ryana. Poleciało kilka przymiotników, za które każda inna dziewczyna, czy nawet osoba obraziłaby się na całe życie i jeszcze dłużej. Ja jednak nie brałam tego do siebie i po usłyszeniu: "Żydzie, leć do Afryki, tam ludzi podlewaj, cholerny wybryku natury!", jeszcze bardziej zaczęłam się śmiać. Nie ominęła mnie też randka z wodą, przez którą musiałam się potem suszyć.
    - Warto było - odpowiedział Ryan z uśmiechem, na co Elliott zaszczycił go swoim wściekłym spojrzeniem.
     - Warto będzie jak ci kiedyś przywalę - mruknął.
   Weszliśmy do Wielkiej Sali, gdzie już wiele osób siedziało przy stołach i jadło śniadanie. Niektórzy byli niewyspani i wyglądali jak zombie, inni tryskali energią. Słońce już opuściło horyzont i wznosiło się coraz wyżej na niebie, a jego światło wlewało się do Wielkiej Sali przez duże okiennice. Przy stole nauczycielskim siedziało już kilku profesorów, którzy obserwowali uczniów, lub po prostu gawędzili ze sobą. 
   - Zauważyliście, że wczoraj nie było Colemana na uczcie? - powiedziała Rackel, zerkając na stół nauczycielski. Usiedliśmy przy stole, a nasz wzrok od razu powędrował na puste krzesło profesora Colemana - nauczyciela Zaklęć i Uroków.   
- Może był zajęty, jeśli wiesz co mam na myśli - odparł Ryan, smarując sobie tosta marmoladą. 
- Jesteś zboczony - stwierdziła cierpko Rackel. 
- Brawo za spostrzegawczość - odparł Matt. - Tak z innej beczki, Liws idzie rozdać nam plan lekcji.
   Odwróciłam głowę w stronę wejścia do Wielkiej Sali. Profesor Liws kroczyła ku nam z całkiem sporym plikiem kartek, które były naszym planem lekcji. Widać było po niej, że męczy ją bieganie za uczniami i rozdawanie harmonogramu zajęć.
- Proszę, wasz plan lekcji. Nie zgubcie go - wręczyła nam pergamin i już miała odejść kiedy się zawahała. - Evelyn, szukam twojej siostry i nie mogę nigdzie jej znaleźć. Dalej śpi?
- Nie, wstała wcześniej ode mnie. Nie wiem gdzie może być - odpowiedziałam, wzruszając ramionami. Czyżby faktycznie się zgubiła? 
- Dobrze, poszukam jej jeszcze - rzekła i odeszła.
   Zaczęłam się zastanawiać, czy Victoria rzeczywiście ma taką słabą orientację w terenie. Większość znajduje Wielką Salę szybko i łatwo. A może by tak zaprowadzić ją do Zakazanego Lasu i ulotnić się jak najszybciej? Miałabym spokój przez kilka dobrych tygodni. Chociaż nie, ona mnie zawsze znajdzie, jakby miała wbudowany w mózgu mugolski GPS. Szlag by to trafił, a zapowiadało się tak pięknie.


***



   Pierwsze zajęcia były w miarę luźne. Zielarstwo z profesorem Chadwickiem jak zawsze było zabawne. Nauczyciel od czasu do czasu rzucał śmieszne uwagi na temat roślin, o których będziemy się uczyć na czwartym roku, a klasa śmiała się przez pół lekcji. Ostatecznie nikt nic nie zapamiętał z lekcji, prócz żartów.
  Następne zajęcia były z Wróżbiarstwa. W porównaniu do zeszłego roku profesor Evered ciekawie prowadziła lekcję, a jej opowiadania na temat Wróżbiarstwa okazały się bardzo interesujące. Jej przemiana z nudnej na ciekawą nauczycielkę zmieniły prowadzone przez z nią lekcje w coś fantastycznego. Profesor Evered odmieniła także swój strój pracy. Nie było już wisiorków, które przy lekkim powiewie wiatru obijały się o siebie wytwarzając irytujący dźwięk. Każdy docenił jej starania i po zakończeniu lekcji nikt nie chciał wychodzić z sali po spędzeniu dwóch godzin Wróżbiarstwa.
  Historia Magii jednak była niezmienna. Od kilkuset lat uczył ten sam nauczyciel, nudny jak flaki z olejem. Na jego lekcjach trudno było się pilnować, żeby nie zasnąć. Profesorem, który nauczał Historii Magii był duch, nazywał się Bins. Przenikał przez ścianę, siadał za biurkiem, sprawdzał obecność i rozpoczynał nudny monolog o Goblinach, które przejęły kontrolę nad światem (w rzeczywistości rozpoczęły one serię buntów, ale mniejsza o to). 
    Po przebytej lekcji czuliśmy się jakbyśmy padli ofiarą Dementorów, a oni wyssali nam duszę do cna. Miałam ochotę paść na podłogę i leżeć tak, aż do obiadu. Co z tego, że ludzie mogliby po mnie deptać i tak bym się położyła. Jednak dzięki lunchowi odzyskałam wcześniejszą energię. Kanapki i kawa to było to, czego potrzebowałam (nie piłam kawy na co dzień, ale była to wyjątkowa sytuacja).
    Elliott w połowie lunchu gdzieś się ulotnił, a Alice z Rackel poszły odwiedzić toaletę. Dostały bardzo ważną misję i nie mogły odmówić sedesowi, który ich tak dziarsko wzywał. Ja zostałam z Mattem i Ryanem przy stole, napychając się czym popadnie. 
- Zaczynam się ciebie bać - skomentował to Matt, widząc moje napchane jedzeniem policzki.
- Jesz tak dużo jakbyś w ciąży była - mruknął Ryan i dopił swoją kawę. 
- Powiedz, Evie, kto jest tatusiem - zaszczebiotał Matt, a ja obrzuciłam go pogardliwym spojrzeniem. 
   Jakoś zdołałam przełknąć to co miałam w ustach i popiłam wszystko sokiem (był to już trzeci z rzędu napój, który wypiłam). Chwilę potem zobaczyłam, wchodzącą do Wielkiej Sali Victorię. Nie widziałam jej odkąd przyszła do dormitorium i przez ten czas wyrzuciłam ją ze swoich myśli. Rozglądała się po sali, widocznie kogoś lub czegoś bardzo szukała. Domyślając się o kogo może chodzi skuliłam się za Mattem, ale nic to nie dało. Znalazła mnie.
   Prawie do mnie biegła. Minę miała lekko wystraszoną, ale też rzeczową. 
- Evelyn?
Wyprostowałam się zrezygnowana.
- Co chcesz? - zapytałam z przekąsem.
- Bo ten chłopak co wczoraj z wami był to chce się bić z innym chłopakiem - wyjaśniła i szczerze mówiąc zaskoczyła mnie ta wiadomość.
   Wymieniłam z Mattem i Ryanem zdumione spojrzenia.
- Gdzie? 
- Na dziedzińcu - odparła.
  Wstaliśmy od stołu i natychmiast pomaszerowaliśmy szybkim krokiem w stronę dziedzińca. Elliott chce się bić - nowość stulecia. Zwykle to Ryan uczestniczy w bójkach, a potem odrabia ciężkie szlabany i narzeka, że musi sprzątać klasy. Elliott jako tako panował nad emocjami i jeszcze nigdy się nie bił. 
   - Muszę to zobaczyć - mówił Ryan z podekscytowaną miną. - Jestem ciekaw z kim to robi.
Kiedy to usłyszałam wybuchłam głośnym śmiechem, aż kilkoro drugoklasistów podskoczyło ze strachu, gdy obok nas przechodzili. 
- Wiesz, że jesteś zboczona? - zauważył Matt rozbawiony.
- Dwuznacznie to zabrzmiało - usprawiedliwiłam się natychmiast. 
   Wpadliśmy na dziedziniec, gdzie pod drzewem zebrała się mała grupka obserwatorów. Nie, nie była to mała grupka, nawet spora, zważając na to, jak często do takich bójek dochodziło w ostatnim czasie. Przepchnęliśmy się przez tłum i ujrzeliśmy Elliotta, a na przeciw niego Cravera. Oboje byli już przygotowani do ewentualnego rzucenia się na drugiego, albo do odparcia ataku. Na drzewie siedział Perez, który przyglądał się temu z satysfakcją. Kiedy nas zobaczył wyraz twarzy mu się zmienił, ale natychmiast się zreflektował i zeskoczył z drzewa z głupim uśmieszkiem. 
    - Co się stało, że chcą się bić? - zapytałam jakiegoś drugoroczniaka, ale on tylko pokręcił głową. 
   Ani Elliott, ani Carver nie zauważyli nas i zanim zdążyliśmy zareagować, rzucili się z pięściami na siebie. Ktoś wybiegł z tłumu i wziął za szmaty Cravera, a Matt powstrzymał Elliotta przed kolejnym uderzeniem. Osobą, która trzymała Cravera za szatę był Michael. 
- Patrz Cooper, aż twoi zafajdani przyjaciele od siedmiu boleści musieli przybiec - powiedział Perez podchodząc bliżej. 
Craver zaczął się szarpać.
- Jak się uspokoisz to cię puszczę - odrzekł tylko Michael, nadal trzymając go za ubranie. 
- Perez, głąbie, zamknij mordę, bo zaraz ci tak ją obiję, że będziesz mieć randkę z ziemią - mruknął Ryan, a kilka osób z tłumu się roześmiało. 
Perezowi mina zrzedła i zanim zdążył cokolwiek powiedzieć ktoś przecisnął się przez tłum.
- Co tu się dzieje? - zapytał męski głos i nagle wszystkie pary oczu zwróciły się w stronę, gdzie stał wysoki mężczyzna. 
   Rozszerzyłam oczy ze zdumienia. Nie znałam gościa, nie wiedziałam kim jest i co tu robi. Miał lekki zarost, zielono-żółte oczy i krótko ścięte włosy, na oko miał z dwadzieścia parę lat. Pierwszy raz widziałam tego człowieka na oczy, a on ot tak, wbił sobie w środek tłumu i pyta co się dzieje. W dodatku ton, którym to powiedział był dziwnie wyniosły. 
   - Kim pan jest? - zapytałam taksując go wzrokiem. 
- Pierwszy zadałem pytanie - odparł, przyglądając mi się z uwagą. Michael nadal trzymał Carvera za szmaty, a Matt przytrzymywał Elliotta. 
- Urządzamy sobie pogawędkę - odpowiedziałam trochę niegrzecznie. - Teraz pana kolej, kim pan jest?
- Jestem nowym nauczycielem Zaklęć i Uroków. Nazywam się John Ivers - rzekł. Zbił mnie tym z pantałyku. - Wczoraj nie mogłem dotrzeć na ucztę, ale już jestem. 
Uniosłam ze zdziwienia brwi. Nikt nie wiedział co zrobić w takiej sytuacji. Staliśmy jak słupy soli, nie mając zielonego pojęcia co powiedzieć. Ryan pierwszy się opamiętał.
- Naprawdę?
- Tak, możesz nawet zapytać o to profesora Beina. Mniejsza jednak o to - rozejrzał się po tłumie. - Panowie pójdą ze mną - wskazał na Matta, Elliotta, Carvera i Michaela. - Pan, pan i panienka też pójdą ze mną - powiedział, patrząc na Ryana, Pereza i na mnie. - Reszta może się rozejść.
   Ktoś wydał z siebie jęk zawodu, ale Jak-Mu-Tam już tego nie usłyszał, bo ruszył w stronę korytarza. Z wahaniem ruszyliśmy za nim. Elliott i Carver spoglądali na siebie spode łba, a ja nadal nie wiedziałam dlaczego postanowili się bić. Przecież nie robiliby tego, żeby rozpocząć nową modę. Coś konkretnego musiało się wydarzyć. Liws (opiekunka Gryffindoru) nas za to zabije. 
  Wszedł do pierwszej, lepszej klasy. Zamknął starannie drzwi i usiadł na biurku. 
    - No więc co się stało? Mniemam, że doszło do jakiejś bójki - rzekł, patrząc na każde z osobna. Twoja spostrzegawczość bije wszystkich na głowę, pomyślałam.    
- Nie doszło - powiedziałam. 
- Co ty możesz wiedzieć, jak przyszłaś za późno - prychnął Perez. - Panie profesorze, Cooper rzucił się na Jace'a bez powodu, ale w porę Jace się obronił. Później przyszedł Johnson i zaczął mi grozić, choć mu nic nie zrobiłem.
- To nieprawda! - zaprotestowaliśmy wszyscy czworo (Matt, Ryan, Elliott i ja), ale Nie-Pamiętam-Jego-Nazwiska nas uciszył.
Co za cholerna szumowina z Pereza! Zobaczysz gnojku, kiedyś cię dopadnę, pomyślałam patrząc wściekła na mojego wroga numer jeden.
- Który to Cooper, Jace i Johnson? - zapytał profesor. Elliott i Ryan podnieśli niechętnie ręce, a razem z nimi Carver. - I ty to widziałeś?
- Tak, panie profesorze - potwierdził Perez. 
- Mogę się wtrącić? - zapytał Michael. Nauczyciel przez chwilę się zastanawiał, ale dał w końcu dojść do słowa Mike'owi. - Perez kłamie. Widziałem co się wydarzyło i z pewnością wina leży po stronie Carvera.
   Choć sama nie byłam świadkiem tego całego zajścia, to wiedziałam, że Carver i tak jest winny. Nie pierwszy raz Carver sprowokował kogoś - czy to słowami czy czynami. Głównie to my byliśmy prowokowani i zaczepiani. Musieliśmy się nawzajem przytrzymywać, żeby nie zrobić czegoś głupiego. Szczególnie ja miałam największą ochotę skopać im obojgu tyłek, ale mniejsza o to. Raz sam się rzucił na Ryana.
    - Co dokładnie się wydarzyło? - pytał dalej profesor. 
- Craver razem z Perezem zaczęli prowokować Elliotta. Mieli niezły z tego ubaw. Obrażali jego, jego rodzinę i przyjaciół, w tym moją siostrę. Kiedy słowa nie dawały takiego efektu, który im się marzył, Craver zaczął szturchać i zaczepiać Elliotta fizycznie. 
- Kłamiesz! - wysyczał Carver i mało się nie rzucił na Michaela, w ostatniej chwili się opamiętał. Co jak co, ale nawet Ślizgoni mieli do mojego brata szacunek. 
- Michael nigdy nie zniży się do twojego poziomu - prychnęłam w odpowiedzi. Oczywiście Michael jak każdy normalny obywatel czasami skłamie, ale nigdy w takiej sytuacji, by kogoś specjalnie pogrążyć.
- Ty się już zniżyłaś - warknął, a Ryan się na niego rzucił. Michael go jednak przytrzymał. 
- Chyba już rozumiem sytuację - odparł profesor. - Jako, że żadne z domów nie ma wystarczającej ilości punktów, by je odebrać, każde z was dostanie szlaban, prócz tego pana - wskazał na Michaela. CO? Jakim prawem? 
   Wszyscy zaczęliśmy protestować, ale znowu uciszył nas ruchem ręki.
- Bez dyskusji. Wracajcie na lekcje - powiedział, po czym wygonił nas z sali.

9 komentarzy:

  1. Jej w końcu się doczekałam! Super *.*
    Nie wiem dlaczego, ale lubię tego nowego nauczyciela. Może jest trochę surowy, ale z nieznanych nawet mnie samej, przyczyn przypadł mi do gustu. :3
    Znowu skomentowałabym zachowanie głównej bohaterki, ale cóż... Powiem tylko, że zaczyna mnie troszkę irytować. Ale co kto lubi.
    Bójka, bardzo dobry pomysł, ciekawe kto to wymyślił? XD
    A tak poważnie to świetny rozdział. Życze weny :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Rozdział jest nasiąknięty prostym, przejrzystym pisaniem, humorystyką (ze smakiem :D) i tym co lubie najbardziej.. DŁUGOŚĆ :D Wreszcie coś na dłuższą chwilę.
    Mam nadzieje,że Vika bardziej się ogarnie, haha ^_^ chociaż wiem,że to nie możliwe :P
    PS: Dziękuje za dedykacje :****
    " Jeżeli tak będzie codziennie, to się chyba rzucę z wieży Astronomicznej. "
    Najlepszy tekst humorystyczny jaki pojawił się w tym rozdziale :D.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja też tak prawie samo mam z siostrą wczesna godzina a tu pobudka 8 letniej blondyny ;_;
    Rodział mi sie podobał czekam na następny/Pamela;)

    OdpowiedzUsuń
  4. dostałam linka na asku i oto jestem! :D bardzo mi sie podoba, ciesze sie że są w miare długie i mam nadzieje ze odstęp czasowy pomiędzy dodawaniem rozdziałów bd krótki xd
    P.S. dałabyś rozpiske bohaterów albo coś? bo troche sie gubie xd nie musi byc ze zdj. xd

    OdpowiedzUsuń
  5. Zobaczyłam link na stronie potterowskiej i oto jestem! :D Muszę Ci powiedzieć, że piszesz genialnie:> Fajnie, że rozdziały są dosyć długie i szybko w miarę je dodajesz :D Tylko nie mogę się połapać z bohaterami ;/ Mogłabyś może dodać zakładkę bohaterów? :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Dostałam link na asku, więc przybywam! Już po przeczytaniu pierwszego rozdziału, wiedziałam, że jest to coś dla mnie. Uwielbiam tego typu historie, a ta szczególnie przypadła mi do gustu. Piszesz naprawdę dobrze, rozdziały są w miarę długie i wciągające ^^ Dodajesz też dość często, więc mam nadzieję, że nie będę długo czekać na kolejny!
    Pozdrawiam, Zuza

    OdpowiedzUsuń
  7. Hej :)
    Musze przyznać, że już dawno powinnam skomentować, ale nie miałam czasu. ;/
    Co do rozdziału to wyszedł Ci naprawdę świetnie! :)
    Czekam nn :)
    pozdrawiam, życzę weny HNP :)

    PS: Kiedy pojawi się nowy rozdział ?

    OdpowiedzUsuń
  8. Kolejny fajny rozdział, tylko nie rozumiem czemu Evelyn dostała szlaban :p widzę, że charaktery postaci zaczynają się zaostrzać :D lecę dalej

    OdpowiedzUsuń